Przejdź do głównej zawartości

Posty

LataRenka i PałaCyk.

W Warszawie na Krakowskim Przedmieściu znajduje się pałac, który przeszedł wiele, widział wiele, a jeszcze więcej pewnie przejdzie i zobaczy. Dziś póki co nazywa się Pałacem Prezydenckim, ale drzewiej z jego nazwami różnie bywało i działo się też w nim i z nim różnie. Powstał w 1643 roku jako rezydencja hetmana wielkiego koronnego Lubomira Koniecpolskiego i dlatego nazwany został pałacem Koniecpolskich. Potem szybko przeszedł w ręce rodu Lubomirskich, by po chwili zostać odkupionym przez Radziwiłłów, więc zależnie od właściciela zmieniał wciąż nazwę. Będąc przez dłuższy czas Pałacem Radziwiłłów został wynajęty i zaadaptowany na potrzeby teatru - wystawiono w nim zresztą pierwszą polską operę "Nędza uszczęśliwionej". W 1818 roku został zakupiony przez Rząd Królestwa Polskiego, przebudowany i przeznaczony na siedzibę namiestnika (z namiestników mieszkał w nim tylko jeden - gen. Zajączek) - stając się pałacem Namiestnikowskim. W tymże pałacu swój pierwszy poważny publiczny kon...

Bzykanie w trawie.

Człowiek uczy się całe życie. Czy tego chce czy nie, choć oczywiście jak zawsze zdarzają się wybitne jednostki niepotwierdzające tej reguły. Nie będąc wybitną jednostką uczę się więc i ja. Ostatnio mitrężąc świadomie chwilkę czasu sięgnąłem do sterty czasopism jakie otrzymuję od znajomych i wylosowłem jeden egzemplarz, który następnie poddałem analizie pod kątem tego co chciałbym przeczytać. Padło na wywiad (jak się okazało ciekawy) z dr. hab. Marcinem Zychem przedstawionym jako ekolog roślin i badacz ich interakcji ze zwierzętami. No dobra, przyznaję się; jedni lubią poczytać o motoryzacji, inni o własciwościach plastifikatorów do betonu, ja lubię ciekawostki przyrodnicze. Doktor Zych wspomina oczywiście o modnym ostatnio temacie jakim jest ochrona zagrożonych coraz bardziej pszczół, nie omieszkując jednak dodać łyżki dziegciu do przysłowiowej beczki miodu - mówiąc otwarcie, że masowe ostatnio propagowanie pszczelarstwa (stawianie pasiek gdzie się tylko da - nawet w miastach) nie przy...

Kici, kici, idą drogą sodomici.

Najwierniejszy podnóżek władcy kota, spuszczony ze smyczy dał samodzielnie głos w telewizji, która trwa. I to głos jaki zauważono nawet za oceanem w Washington Post. Mariuszek rzekł: "Mówiło się, że samorządy powinny zajmować się chodnikami, wodociągami, kanalizacją, a tu się okazuje, że niektóre samorządy zajmują się ideologią, jak np. w Poznaniu mieliśmy teraz do czynienia ze zdarzeniem, kolejną paradą sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację prawa i obowiązków obywatelskich na innych". Jak słusznie zauważyli dziennikarze amerykańskiej gazety ta publiczna wypowiedź ministra obrony miała zdyskredytować w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi obecne władze Poznania, które są jawnie przeciwne konserwatywnym rządom PiS. I trudno się z tym nie zgodzić, choć wypowiedź ta ma jeszcze kilka innych aspektów, które to, nieznającym naszych realiów Amerykanom mogły umknąć. Z jednej strony wypowiedź Mariuszka jasno pokazuje, że w jego partii są tacy co mówią i ...

Dyktatorek.

Czytałem kiedyś taką oto ciekawostkę o towarzyszu Stalinie. Kiedy mu się nudziło i miał dobry humor wzywał swoich doradców z politbiura i rzucał im jakiś wymyślony problem, żądając pomysłów jak go rozwiązać. Bawił się potem słuchając niedorzecznych odpowiedzi swoich doradców wiedzących, że jeśli tylko Stalin uzna, iż się nie starają mogą trafić do łagru lub stracić życie. Przypomniałem sobie tą historyjkę śledząc dosyć luźno co tam ostatnio dzieje się w naszej rodzimej polityce, zwłaszcza, że mamy sezon ogórkowy. Wiadomo, jaki kraj, taki dyktator, jaki dyktator tacy doradcy. Choć osobiscie szczerze wątpię, żeby naszego dyktatorka mogło rozśmieszyć coś więcej niż kowboj spadający z byka na rodeo, to jednak jego usłużni podwładni prześcigają się sami z siebie w wymyślaniu bzdur i kretynizmów. Niektóre te pomysły wydają się groźne, jak słowa pewnej posłanki, która najchętniej opozycję by pozamykała, zlikwidowała, a pełnię władzy oddała w ręce naczelnika Jarosława. Inne są populistycznie s...

Opornik.

Onegdaj dziecięciem prawie jeszcze będąc odkryłem zespół Kult. A raczej zespołu tego muzykę i zakochałem się w niej bezgranicznie. Miłość ta jednostronna trwa zresztą do dziś, ale o wcześniejszych czasach póki co wspomnieć chciałem. Wśród wielu refleksyjnych czy też zaangażowanych społecznie piosenek Kultu pojawia się na płycie Your Eyes wydanej w 1991 roku utwór pod tytułem Parada wspomnień. Skoczny, melodyjny i choć opisujący realia stanu wojennego z wszechmiar radosny. Słuchając tego kawałka od lat nieodmiennie czuję niezwykle pozytywną energię i wspominam lata młodzieńcze, kiedy żałowałem, że tamte opisywane w piosence wydarzenia już "nie, nie, nie, nie powtórzą się". Kazik bowiem, całkiem słusznie zresztą czasy poważne i przepełnione patriotycznymi uniesieniami pokazał przez pryzmat dorastania i dojrzewania młodego pokolenia, dla którego nawet stan wojenny, wojsko na ulicach czy godzina policyjna były kolejną okazją do zabawy i czerpania z życia pełnymi garściami. Jakż...

Niepełnosprytni.

Posiadam w podręcznym zbiorze moich wspomnień wiele obrazów z przeszłości, choć przyznać trzeba, że od zawsze wyświetlały się one przypadkowo, wywołane jakimiś zdarzeniami, słowami czy obejrzanym filmem, nie mam bowiem w zwyczaju siadać i rozpamiętywać minionych lat. Takim wspomnieniem jest i to, kiedy dziecięciem jeszcze będąc wraz z rodzicielką z okazji różnych niezbędnych zakupów bywałem w centrum Warszawy - w tak zwanych Domach Centrum. W pasażu, dziś imienia Wiecha siadywał wówczas starszy już pan, niewidomy, obowiązkowo zawsze w berecie i z harmonią, na której wygrywał różne melodie. Obok pana, oprócz psa przewodnika i pudełka na datki stał zawsze kartonik z informacją, iż pan ten jest byłym Powstańcem Warszawskim. Dostawałem wtedy od mamy monetę, którą nieco onieśmielony zanosiłem niewidomemu harmoniście. Owo wspomnienie prawie zawsze przywołuje kolejne podobne i okazuje się, że z czasów dzieciństwa pamiętam wielu niepełnosprawnych, choć wtedy mówiło się inwalida. Znakomita więk...

Kanikuły czas radości.

O Chinach można by pisać godzinami. Dlatego postaram się krótko i treściwie. Dla nas Europejczyków jest to kraj wielu osobliwości i zupełnie odmiennej mentalności i kultury. Ale jak wszystkie narody świata niezależnie od szerokości i długości geograficznej łączy nas z Chińczykami na pewno jedno: zawsze znajdą się w ogóle populacji jakieś szczególne wybitne jednostki. Jak pewna chińska rodzina, która jakiś czas temu przygarnęła szczeniaczka - co samo w sobie oczywiście godne jest pochwały - ale też nieco dziwne, bo przecież w tym rejonie świata pies występuje częściej jako danie niż pupil. No, ale jak to mówią stało się, przygarnięty mały piesek dosyć szybko rósł, wykazując nieco dziwne kulinarne zainteresowania (od obgryzania kości wolał owoce), aż w końcu zaskoczył całą rodzinę i zaczął coraz częściej chodzić na dwóch łapach. Wezwana policja oraz specjaliści - bynajmniej nie kynolodzy - orzekli, iż jest to niedźwiedź i to z zagrożonego gatunku. Zgodnie z chińskim prawem rodzinie o...