"Podobno w Rzymie napadało gradu aż po kolana. W Japonii wiśnie zakwitły o dwie pory roku wcześniej..." Jak to śpiewa pani Kasia Sochacka. Można by jeszcze dodać z jej innego kawałka: "... Niebo było różowe. A więc tak wygląda nasz koniec..." Na szczęście póki co, zmiany klimatyczne zachodzące coraz szybciej na planecie Ziemia nie oznaczają jeszcze naszego końca, choć Matka Ziemia robi wiele, by nam żywot choć odrobinę uprzykrzyć. Jak chociażby to, co się obecnie dzieje na równikowym Pacyfiku w kluczowym dla El Nino obszarze, gdzie temperatura oceanu wzrosła o rekordowe 3 stopnie powyżej normy (poprzedni rekord był z 2015 roku), a jak twierdzą klimatolodzy to jeszcze nie koniec wzrostu temperatury wód, bo prognozy mówią o 4 nawet stopniach powyżej standardu. Oczywiście, wiadomo, El Nino to nie halny, jak zacznie wiać to zaraz tam górale wieszać się nie zaczną, chyba, że się okaże, że zimą za mało turystów przyjedzie w Tatry dać się wydoić. Ale niestety lub też stety El Nino ma wpływ pośredni i bezpośredni na globalny klimat i jego przeróżne wariacje. To co się dzieje na Pacyfiku obecnie wróży Europie wilgotną i ciepłą relatywnie zimę, z czego na pewno nie ucieszą się producenci peletu, bo będzie musiał stanieć. Z takiego scenariusza przebiegu zimy mogą się natomiast cieszyć ekolodzy, bo jest szansa, że w Polsce przybędzie jednak trochę wody, której ubywa w zatrważającym tempie z roku na rok. Oczywiście jak już bywało tej wody może przybyć gwałtownie na raz bardzo dużo, co nie jest zjawiskiem pozytywnym, o czym doskonale wiedzą mieszkańcy południowej Polski, która znalazła się ostatni raz pod wodą w 2024 roku z powodu El Nino. Obecne zmiany klimatyczne jakie sobie zafundowaliśmy globalnie jako ludzkość, charakteryzują się właśnie niespotykaną do tej pory gwałtownością i małą przewidywalnością ich wystąpienia, co prowadzi do mniejszych lub większych katastrof jak chociażby powodzie, huragany w miejscach gdzie nigdy nie występowały, lawiny błotne niszczące wsie i miasteczka i równie niszczycielskie lawiny lodowcowe zmiatające ze zboczy gór wielowiekowe miejscowości. Czy ludzkość stoi z założonymi rękoma? Oczywiście, że nie. Taka Europa (i jak na razie tylko ona) walczy ile sił. Nie ma już słomek plastikowych, kapselki od napojów wbijają się w nosy i policzki, a na drogach sunie coraz więcej aut napędzanych prądem (w naszej ojczyźnie co prawda to głównie prąd z węgla, ale pozory eko są). Sadzimy drzewa, nie kosimy trawników, budujemy wiatraki i w takiej Polsce robimy wszystko dla odmiany, żeby zniechęcić obywatela do kładzenia sobie na dachach paneli słonecznych. Oprócz tego gdzieś tam na marginesie jest też pewna grupa ludzi, którzy uznali, że do globalnego ocieplenia przyczyniają się walnie krowy, waląc te swoje placki i pierdząc do tego niemiłosiernie metanem. Więc głośno postulują by zaprzestać hodowli tych przeżuwaczy i w ogóle przestać je jeść bo to niehumanitarne, a już na bank mało ekologiczne.
Mam niestety smutną wiadomość do wszystkich ekstremalnych bojowników wege. Bowiem bardziej od krów to wy się przyczyniacie do globalnego ocieplenia i do tego, że El Nino w Głuchołazach zerwał most i na waszym miejscu w województwie Opolskim, bym się nie obnosił zbytnio swoimi przekonaniami żywieniowymi, bo można dostać w ryj. Jak się przyczyniacie? Ano jecie soję i jej przeróżne pochodne. Kiełki fasoli mung, jakieś wodorosty, mleka jeśli używacie to tylko tego powstałego z dojenia migdałów, a w ciągu dnia siorbiecie matchę. I tak dalej i tak dalej. Czy po tym się więcej pierdzi? Nie mam pojęcia szczerze pisząc, bo omijam te produkty jak tylko mogę, no może poza wodorostami, bo czasami człowieka tak szuszi, że pójdzie na sushi i tam na bank mu wcisną jakąś zieleninę, kóra zmarła na skałach u wybrzeży Japonii. W czy więc rzecz? Ano w tym, że globalny transport towarów (w tym w dużej mierze żywności) odpowiada za jedną trzecią emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Miejcie tego świadomość czując się lepszymi, bo nie jecie burgera z krowy Eryki z farmy z sąsiedniej wsi (serio, są podobno takie miejsca, że jak dostaniecie steka to podadzą wam imię krowy z której on został wykrojony, co akurat uważam za chore). Popijając matchę z cejlońskich mielonych liści herbaty w kubku wykonanym z prasowanej kukurydzy, która wyrosła w Dakocie Północnej pomyślcie chwilę o tych wszystkich statkach i tirach, które musiały przebyć tysiące kilometrów by wam to dostarczyć do stolika waszej ulubionej kawiarenki przy odnowionej Marszałkowskiej w Warszawie, na której pojawiły się ostatnio setki drzewek i traw w ramach walki z globalnym ociepleniem.
Ja nie mówię oczywiście o tym, żeby nagle wege zaczęli jeść mięso. Ale tofu z buraka nie może być aż tak złe, jak i herbata z pokrzywy (tylko nie zbierajcie tej przy drogach, bo wedle ludowych legend pokrzywa rośnie tam, gdzie sikają ludzie). Pieczony kartofel w niczym nie ustępuje batatowi, a zamiast pomarańczy można objadać się o wiele zdrowszymi jabłkami. I tak dalej i et cetera. Jednego tylko się nie da zastąpić i piszę to całkiem poważnie. Kawy... a dziś, Międzynarodowy Dzień Kawy. Także strzelając sobie małą czarną złóżcie jej najlepsze życzenia. Nawet jeżeli tuż za płotem pierdzi krowa.
P.S. Kawa zbożowa to nie kawa.
A zdjęciowo dziś u mnie opolska dziołcha, która wcale nie gnała na zdjęcia nie wiadomo ile kilometrów, spalając litry benzyny. Bo porwałem ją z Warszawy, a tę mam tuż za miedzą.
Monika.
kiev88/hp5.








Komentarze
Prześlij komentarz