Kapela Myslovitz nagrała swojego czasu kawałek o tytule Koniec lata. Nie oni jedyni oczywiście z powodu mocno odczuwalnej nostalgii kończących się wakacji i ciepłych dni popełnili utwór liryczny o tej właśnie porze roku, ale u nich chyba jako u jedynych przemycona w tekście została treść traktująca o trudach rodzicielstwa i radości dorosłych z powodu końca letnich ferii. A idzie to mniej więcej lub nawet dokładnie tak: "...stoję tu jakiś czas, bo ktoś wystawił mnie za drzwi, niczym zużyty płaszcz, zapach wypłucze wiatr, nie patrzysz..." Czujecie to? Niby utwór niezbyt wesoły, melancholijny, gęsto podlany ciężkim basem, powinno być słuchaczom smutno. Ale zza tych linijek przebija się przecież drugie dno - radość rodziców, że wreszcie będą mogli odetchnąć. Czasy podstawówki i liceów moich dzieci mam już za sobą, ale wciąż jako żywo pamiętam tę cudowną ciszę w domu jaka nastawała we wrześniu. Tę lekkość spokoju i swobodę dysponowania wszystkimi wolnymi chwilami jakie się tak rzadko zdarzają. Oczywiście nie jestem potworem i pamiętam również - choć już nieco jak przez mgłę - swoje powakacyjne powroty do szkoły. I nie chodzi o to, że cierpiałem, ale nie powiem, że było lekko. Dziś jako dorosły zauważam jeszcze trzecią, całkiem już w miarę nowoczesną stronę medalu. Wraz z pierwszym września powracają na drogi korki komunikacyjne. Tak jakby prawo jazdy można było zrobić w 4 klasie, a każdy kaszojad za punkt honoru stawiał sobie posiadać auto, którym będzie co rano jeździł do szkoły na złość dorosłym, żeby nie ci nie zdążyli na czas do roboty. Też to zauważacie? Oczywiście wytłumaczenie jest proste, kiedyś dostawało się kanapkę zawiniętą w papier, tornister, kopa na rozpęd i się zasuwało na nogach do szkoły lub do najbliższego przystanku autobusowego. Dziś dzieci są podwożone pod drzwi i odbierane spod nich przez rodziców. Zazwyczaj w algorytmie jedno auto - jedno dziecko. A jeśli chodzi o szkolną infrastrukturę zewnętrzną, to nie boiska szkolne są priorytetem, tylko parkingi na pierdyliony aut. Bo.... no bo czasy się zmieniły, droga się w jakiś cudowny sposób wydłużyła, a dzieci mają słabsze nogi. Tak myślę, bo innych powodów nie widzę. A potem kiedy kaszojad wyrasta na dorodnego młodzieńca, lub urodziwą dziewoję chodzimy wkurzeni, że zamiast zacząć radzić sobie w życiu samodzielnie, ciągle nie może się odkleić od maminego cycka i tatowego portfela. I tak gdzieś do czterdziestki i to przy dobrych wiatrach.
A wystarczyło lata wcześniej, 1 września wziąć głęboki oddech, uśmiechnąć się i wystawić go lub ją za drzwi. Niczym zużyty płaszcz. I z głębokim westchnieniem ulgi usiąść w fotelu z kawą w ręku i marzyć o idealnym końcu lata.
P.S.
Ale żeby nie siać defetyzmu: lato jeszcze chwilę nam potrwa. Miejmy nadzieję.
Mój koniec lata trochę będzie dziś odwrócony. Bo pokażę krótką sesję z lata początków. Z piękną Szajbką.
Plener Adela Photo Pathology 2026.
kiev88/portra.
Stało się. W bogoojczyźnianym mieście znajdującym się bliżej nieba niż wiele innych w naszym kraju, doszło do niepokalanego zbezczeszczenia i obrazy majestatu gór i góralskiej za-dumy. W środku nocy, być może nawet po północy wzięła baba i się rozebrała. Ale nie w chałupie, nie w samochodzie, nawet nie w krzakach. Tylko olaboga centralnie na Krupówkach, na najbardziej znanej i reprezentacyjnej ulicy tatrzańskiej stolicy, gdzie za dnia biały miś chadza własnymi ścieżkami, a stragany odpustowe kuszą oscypkiem, smażoną flądrą i plastikowymi ciupagami sklejanymi małymi chińskimi rączkami, za pół dolara dziennie. Ale tam, że się rozebrała... To nic, bo przecież trzeba słusznie zdaje się założyć, że niejedna Maryna tam z gołą dupą przed swoim rozbójnikiem uciekała, lecz nie nazbyt szybko, żeby w końcu radę dogonić dał. A i niejedna Karyna po kilku piwkach rzycią dyskretnie w przykucu słowiańskim błyskała sikając w cieniu latarni, gdy jej Seba męsko ciałem własnym zasłaniał powidoki innym ucz...




Komentarze
Prześlij komentarz