Przejdź do głównej zawartości

Zadzwońcie po milicję.

Pamiętam u schyłku komuny w Polsce funkcjonował taki dowcip. Egzamin na milicjanta. Egzaminowanym rozdano sześciany z wyciętymi w bokach kształtami różnych figur geometrycznych plus klocki pasujące do tych otworów. Zadanie: przez godzinę umieścić wszystkie figury wewnątrz sześcianu. Po godzinie ogłoszono wynik - zdali wszyscy. 5% wykazało się inteligencją pozostałe 95% niesamowitą siłą. Co ciekawe wielu milicjantów słysząc ten dowcip wcale się nie śmiało. No ale takie mieliśmy czasy wtedy, że nie matura lecz chęć szczera robiła z każdego oficera. Do tego oczywiście w czasach PRL milicja jako twór była prężnym przedłużeniem jedynie słusznie nam rządzącej partii. Przedłużeniem zakończonym pięścią, pałą lub czasami armatką wodną. Kompletnie więc nikogo nie dziwiła powszechna niechęć do było nie było potrzebnej w każdym państwie formacji czyli Milicji Obywatelskiej, po upadku komuny przemianowanej jak na cywilizowany kraj przystało na Policję. Policja w nowej rzeczywistości nie miała lekko. Czystki kadrowe po starym systemie, wieczne zmiany, reorganizacje, reformy... umęczyli się chłopaki co niemiara, żeby społeczeństwo przekonać, że są po to by chronić, czuwać i strzec. Fakt, faktem na koniec i tak okazało się, że w miejsce tworu, który służył do pałowania obywateli niepokornych i ich pacyfikowania, powstał twór służący do grabienia narodu przy pomocy fotoradarów, suszarek i innych urządzeń, jak chociażby słynne mandaty z helikoptera. Ale przyznać trzeba, że poziom wykształcenia statystycznego funkcjonariusza policji znacznie wzrósł, podczas kontroli drogowej można było z niektórymi pogadać i o Bułhakowie i o teorii względności Einsteina. Dawne proletariackie milicyjne czerwone mordy o wzroku niezmąconym myślą i oddechu krzyżującym subtelną woń śledzia z prawdziwie męskim zapachem wódki żytniej zastąpili przystojni i zazwyczaj kulturalni panowie, tudzież trzepoczące rzęsami i zalatujące perfumą Coco Channel "namber fajf" policjantki, od których aż miło było dostać mandat i jakoś tak lżej się szło go zapłacić. Niestety jak się nie raz okazało i okazuje wciąż, poziom wykształcenia służb mundurowych jest zależny od tego kto sprawuje władzę w danym momencie. Obecnie bowiem największy nacisk w policji jest kładziony na królową nauk ścisłych czyli matematykę i jej pochodną statystykę, ale z mocnym przymrużeniem oka. Przykłady? Proszę bardzo. 7 maja w Warszawie odbył się pochód KODu i opozycyjnych partii w obronie demokracji, ośmiorniczek, Trybunału Konstytucyjnego, wolności i wszystkiego tego "...co przeszkadza spokojnie leżeć na słońcu trzymając ręce na piersiach panienek. I patrzeć na chmury typu cumulus w kolorze białym..."
Urzędnicy stołecznego magistratu, będący póki co podwładnymi niejakiej Hani GW (stara gwardia PO) i nie będący jeszcze pod wpływem pomroczności jasnej bijącej z umysłu władcy marionetek czyli niejakiego Jarosława K. oszacowali liczbę uczestników marszu na 230-240 tysięcy ludzi, przy czym uczciwie podali, że są to liczby raczej zaniżone bo szacowanie przy pomocy monitoringu miejskiego z góry zakłada liczenie tylko ludzi sunących ulicą bez uwzględnienia tych na chodniku. Raczkująca w obliczeniach matematycznych policja sterowana odgórnie niczym mechaniczny piesek na kablu ten sam marsz oceniła na 25 tysięcy uczestników, uczciwie też przyznając, że policzyli tych na początku, tych na końcu, a tych pośrodku nie liczyli bo to mogli być przecież przypadkowi turyści. Zrozumiałbym gdyby błąd statystyczny wynosił te 25 tysięcy. Ale dwieście tysięcy w jedną czy dwieście tysięcy w drugą to chyba już za duży rozrzut. Zwłaszcza w czasach kiedy dostęp do mediów tak zwanych niezależnych od Kurskiego jest powszechny i nikt już jak pelikan nie łyka prorządowych informacji. Kimirsenowie z kraju nad Wisłą przeszli tym razem samych siebie. Piewcy lepszego sortu, obrońcy nieobronionych i rycerze Mgły Smoleńskiej po raz kolejny przekroczyli granicę śmieszności. Co jak mam nadzieję coraz bardziej przybliża dzień, kiedy na ulice wyjdą nie setki tysięcy, ale miliony. I uliczne tsunami wymiecie z salonów, kanap, miękkich foteli i pałaców raz na zawsze zalegający tam od lat gnój, słomę i świnie. I żeby było jasne: wszystkie świnie, dla których od tego po co i dla kogo jest ważniejsze za ile.
A co wtedy może zrobić policja zajęta rachunkowością kreatywną? No cóż, chyba tylko zadzwonić po milicję. Ci przynajmniej potrafili porządnie policzyć manifestację.

Na koniec chciałbym tradycyjnie pokazać kilka zdjęć. Zdjęć z miejsca, gdzie nikt nie łże w żywe oczy z ekranu telewizora bo nikt tam go nie ogląda. Nawet nikt nie łże z ekranu monitora, bo interenet ledwo tam zipie, a znajomi i przyjaciele wieczorami zamiast się zamykać w niebieskiej poświacie ajfonów siadają przy cieple ogniska czy kominka i trzymając ręce na piersiach panienek rozmawiają, śmieją się i patrzą w niebo pełne gwiazd oraz w denka pustych butelek (czego oczywiście nie pochwalam ;D). Przed obiektywem tym razem Pati i Grześ. Czy jako tajni współpracownicy policji liczyli przez okno uczestników manifestacji? Tego nie wiem, ale raczej na takich nie wyglądali.


 












Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Porno, porno w Zakopanem.

Stało się. W bogoojczyźnianym mieście znajdującym się bliżej nieba niż wiele innych w naszym kraju, doszło do niepokalanego zbezczeszczenia i obrazy majestatu gór i góralskiej za-dumy. W środku nocy, być może nawet po północy wzięła baba i się rozebrała. Ale nie w chałupie, nie w samochodzie, nawet nie w krzakach. Tylko olaboga centralnie na Krupówkach, na najbardziej znanej i reprezentacyjnej ulicy tatrzańskiej stolicy, gdzie za dnia biały miś chadza własnymi ścieżkami, a stragany odpustowe kuszą oscypkiem, smażoną flądrą i plastikowymi ciupagami sklejanymi małymi chińskimi rączkami, za pół dolara dziennie. Ale tam, że się rozebrała... To nic, bo przecież trzeba słusznie zdaje się założyć, że niejedna Maryna tam z gołą dupą przed swoim rozbójnikiem uciekała, lecz nie nazbyt szybko, żeby w końcu radę dogonić dał. A i niejedna Karyna po kilku piwkach rzycią dyskretnie w przykucu słowiańskim błyskała sikając w cieniu latarni, gdy jej Seba męsko ciałem własnym zasłaniał powidoki innym ucz...

Tyci, tyci.

Podobno ludzki organizm rośnie średnio do 20 roku życia. Potem mówi pas, koniec, wyżej nie da rady, ale kurcze zobacz ile mamy miejsca jeszcze po bokach. I żeby nie było, że to tylko dowcip to ostatnimi laty naukowcy z rożnych krajów (w tym również i Polski) postanowili zająć się kwestią otyłości i to otyłości szczególnej bo tej dotykającej żonatych mężczyzn. No i wyszło im czarno na białym, że tyją oni częściej, szybciej i w większej ilości niż ich nieżonaci rówieśnicy. Co jasno dowodzi kto jest bezsprzecznie winien temu, że faceci po ślubie grubieją. A wszystko się zaczęło oczywiście od Ewy, która sama zeżarła całe jabłko i biedny Adam musiał zjeść tłustego węża i potem nie mógł przejść przez ucho igielne i tak wylądował poza rajem, gdzie Ewa ujrzała jego nagość, której on sam wcześniej nie dostrzegał z powodu zaawansowanej lustrzycy, a jak wiadomo luster jeszcze wtedy u bogu nie było. Czy jakoś tak to szło, dokładnie już nie pamiętam, bo na religię przestałem chodzić dosyć wcześnie ...

Biofobia.

Był taki okres w moim życiu kiedy namiętnie się narkotyzowałem. Lub jak kto woli ćpałem, odurzałem się, wprowadzałem baśniowe elementy do rzeczywistości (jak mawiał Himilsbach o piciu wódki dla odmiany), odlatywałem i permanentnie tkwiłem w stanie euforii czując się jednocześnie wolnym jak ptak i pyłkiem w świecie jaki mnie otacza. Co będzie dziwne na pewno dla niektórych - nie używałem do tego absolutnie żadnych niedozwolonych i zakazanych przez prawo substancji, ani tych legalnie dostępnych również nie. Zwyczajnie i prozaicznie chodziłem po górach. Wdrapywałem się na mniejszą lub większą górkę (tak wiem, wytrawni wydeptywacze górskich szlaków będą pewnie zdegustowani określeniem górka) i siadając na jej szczycie patrzyłem z góry na wszystko dookoła i odlatywałem ze szczęścia. I żadnych mi tu, że może tlenu mało, że pompka nie dawała rady, że lampka rezerwy w głowie świeciła czy innych takich tam. Po prostu w takich chwilach zawsze miałem w głowie refren piosenki starej dobrej punkow...