Przejdź do głównej zawartości

Portugal e à frente!

Obejrzałem. A co. I wcale nie z powodu, że był to finałowy mecz, a dlatego, że chciał go ze mną obejrzeć mój młodszy syn. Piłkarz jakiś z niego strasznie zapalony nie jest, kopiemy sobie teraz gałę raz dziennie z okazji wakacji, z kumplami w roku szkolnym czasami pogra, ale tak naprawdę od piłki nożnej woli karate. Niemniej finał obejrzeć chciał. Zasiedliśmy więc, on z sokiem, ja z piwem. Obaj trzymaliśmy kciuki za Portugalię. Ja dlatego, że do tej pory statystyki były po stronie Francuzów - jeśli organizowali jakieś rozgrywki piłkarskie u siebie to zazwyczaj je wygrywali - mój syn dlatego, że w drużynie portugalskiej grał Ronaldo. Co prawda długo nie pograł bo go niebieskie ludziki szybko skopały, ale sympatia była. Cały mecz poza kopaniem Cristiano był tak emocjonujący, że obaj z młodym mniej więcej w środku drugiej połowy zaczęliśmy się łokciami szturchać, żeby nie zasnąć. Kiedy doszło do dogrywki mój młodszy się poddał, poszedł spać. Ja postanowiłem wytrwać, żeby zobaczyć jak pójdą karne. Niestety jakiś patałach zepsuł całe to moje oczekiwanie i wbił francuskiemu bramkarzowi gola pod koniec regulaminowego czasu dogrywki. Potem zaczęła się bezładna kopanina i bieganina i to by chyba było na tyle jeśli chodzi o mistrzostwa Europy. No, chwilę przed golem jeszcze główny sędzia zdążył się zrehabilitować za wcześniejsze niezauważanie jak masakrują kapitana Portugalii i dał żółtą kartkę Francuzowi za zagranie ręką Portugalczyka. Tak czy siak niesmak pozostał. Niesmak dotyczący poziomu całych mistrzostw. Wcześniej, przyznaję się bez bicia, mocno narzekałem na poziom gry naszej drużyny narodowej, choć oczywiście musiałbym być strasznym złamasem, żeby jednak nie docenić jak wysoko zaszli. Koniec końców cała ta impreza, włącznie z meczem finałowym udowodniła, że moja wcześniejsza teoria dotycząca wysokiego poziomu łapciakowatej safandułowatości przeciwników na jakich trafialiśmy w rozgrywkach okazała się być niezwykle trafną i co więcej, owa safandułowata łapciakowatość dotyczyła wszystkich drużyn, o początku, aż do samego finału. Nuda, flaki z olejem, nic się nie działo, jak w polskim kinie No powiedzmy, że są dwa wyróżnienia na plus. Po pierwsze drużyna Islandii wdarła się świeżym, owczo-rybnym powiewem w zatęchłe klimaty europejskiego futbolu i choć chłopaki obrony nie posiadali żadnej to z pewnością na boisku walczyli jak lwy, wyznając starą zasadę, że piłka jest okrągła a bramki są dwie. Drugie wyróżnienie należy się firmie Puma, a właściwie szwajcarskiemu piłkarzowi Shaqiri (kocham te "szwajcarskie" nazwiska), który po meczu jego drużyny z Francją powiedział: Mam nadzieję, że Puma nie robi prezerwatyw.
Na szczęście już jest po wszystkim, nad Polskę nadciąga kolejna fala upałów i wszyscy jak jeden mąż i jedna żona zamaist przysypiać przed telewizorem podczas oglądania kolejnego meczu możemy się udać nad morze Bałtyckie, by tam wśród setek tysięcy parawanowych działeczek, zapachu smażonego dorsza, jazgotu dzieciarni i warkotu lansujących się młodych beztłumikowych kierowców spróbować wypocząć. Czego Wam i sobie życzę (wypoczynku, nie Bałtyku oczywiście). W ramach tradycyjnego wizualnego zakończenia mojej pisaniny dosyć stara sesja inspirowana utworem Ireny Santor: już nie ma dzikich plaż...










Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Porno, porno w Zakopanem.

Stało się. W bogoojczyźnianym mieście znajdującym się bliżej nieba niż wiele innych w naszym kraju, doszło do niepokalanego zbezczeszczenia i obrazy majestatu gór i góralskiej za-dumy. W środku nocy, być może nawet po północy wzięła baba i się rozebrała. Ale nie w chałupie, nie w samochodzie, nawet nie w krzakach. Tylko olaboga centralnie na Krupówkach, na najbardziej znanej i reprezentacyjnej ulicy tatrzańskiej stolicy, gdzie za dnia biały miś chadza własnymi ścieżkami, a stragany odpustowe kuszą oscypkiem, smażoną flądrą i plastikowymi ciupagami sklejanymi małymi chińskimi rączkami, za pół dolara dziennie. Ale tam, że się rozebrała... To nic, bo przecież trzeba słusznie zdaje się założyć, że niejedna Maryna tam z gołą dupą przed swoim rozbójnikiem uciekała, lecz nie nazbyt szybko, żeby w końcu radę dogonić dał. A i niejedna Karyna po kilku piwkach rzycią dyskretnie w przykucu słowiańskim błyskała sikając w cieniu latarni, gdy jej Seba męsko ciałem własnym zasłaniał powidoki innym ucz...

Tyci, tyci.

Podobno ludzki organizm rośnie średnio do 20 roku życia. Potem mówi pas, koniec, wyżej nie da rady, ale kurcze zobacz ile mamy miejsca jeszcze po bokach. I żeby nie było, że to tylko dowcip to ostatnimi laty naukowcy z rożnych krajów (w tym również i Polski) postanowili zająć się kwestią otyłości i to otyłości szczególnej bo tej dotykającej żonatych mężczyzn. No i wyszło im czarno na białym, że tyją oni częściej, szybciej i w większej ilości niż ich nieżonaci rówieśnicy. Co jasno dowodzi kto jest bezsprzecznie winien temu, że faceci po ślubie grubieją. A wszystko się zaczęło oczywiście od Ewy, która sama zeżarła całe jabłko i biedny Adam musiał zjeść tłustego węża i potem nie mógł przejść przez ucho igielne i tak wylądował poza rajem, gdzie Ewa ujrzała jego nagość, której on sam wcześniej nie dostrzegał z powodu zaawansowanej lustrzycy, a jak wiadomo luster jeszcze wtedy u bogu nie było. Czy jakoś tak to szło, dokładnie już nie pamiętam, bo na religię przestałem chodzić dosyć wcześnie ...

Biofobia.

Był taki okres w moim życiu kiedy namiętnie się narkotyzowałem. Lub jak kto woli ćpałem, odurzałem się, wprowadzałem baśniowe elementy do rzeczywistości (jak mawiał Himilsbach o piciu wódki dla odmiany), odlatywałem i permanentnie tkwiłem w stanie euforii czując się jednocześnie wolnym jak ptak i pyłkiem w świecie jaki mnie otacza. Co będzie dziwne na pewno dla niektórych - nie używałem do tego absolutnie żadnych niedozwolonych i zakazanych przez prawo substancji, ani tych legalnie dostępnych również nie. Zwyczajnie i prozaicznie chodziłem po górach. Wdrapywałem się na mniejszą lub większą górkę (tak wiem, wytrawni wydeptywacze górskich szlaków będą pewnie zdegustowani określeniem górka) i siadając na jej szczycie patrzyłem z góry na wszystko dookoła i odlatywałem ze szczęścia. I żadnych mi tu, że może tlenu mało, że pompka nie dawała rady, że lampka rezerwy w głowie świeciła czy innych takich tam. Po prostu w takich chwilach zawsze miałem w głowie refren piosenki starej dobrej punkow...