Nieubłaganie zbliża się koniec wakacji. Jeszcze nie dziś, nie jutro, ale w sumie to za chwilę. Wielu Polaków odczuwa właśnie z tego powodu bóle fantomowe, choć właściwie wakacji żadnych nie mieli. Te bóle wywołane są zazwyczaj przez mgliste wspomnienia z dzieciństwa, kiedy wakacje były doskonale odczuwalne i kiedy wszystkim tak się spieszyło do tej dorosłości, która rzekomo miała dawać taką wolność. I po co? A było czerpać dziką satysfakcję z poobiedniego leżakowania w przedszkolu, z wolnych i beztroskich sobót oraz niedziel, z ferii zimowych i letnich, z braku obowiązku myślenia o obowiązkach i prawie do popełniania błędów z których nikt nas zazwyczaj nie rozliczał. Było cholera zmądrzeć, zanim się w końcu i w ogóle dorosło. A tak... trzeba cierpieć. Bo nawet trudno teraz rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, bo zrobiło się tam tłoczniej niż we Władysławowie w sierpniu, w południe, w smażalni ryb. Zresztą globalizacja świata spięta klamerkami Internetu (a także i innych mediów) dopadnie nas już wszędzie. Niedługo bez wi-fi, danych komórkowych czy bluetootha nie da się nawet podetrzeć tyłka we własnej domowej toalecie. Przyklejony do dłoni telefon pomoże jak się zgubimy, telefon pomoże nam zapłacić za obiad, sprawdzić pogodę, przygotować kolację oraz śledzić dzieci, żonę czy pracowników. A tylko ułamek tego, do czego ludzie wykorzystują te coraz mądrzejsze smart telefony, które bez naszej kontroli i wiedzy łączą się nie tylko z siecią operatora (a co za tym idzie z każdym, komu operator udostępnia dane z tejże sieci), ale również z wszystkim co jest podobnie jak one smart. Z telewizorem, radiem, czajnikiem, zegarkiem, samochodem i cholera wie czym jeszcze. A w tym wszystkim coraz częściej i coraz intensywniej macza paluszki AI, bo tak przecież szybciej, bo tak przecież wygodniej, a kto wie, może i nawet lepiej. Pamiętam jak pacholęciem byłem, kiedy na ekranach polskich kin pojawił się film Terminator, w którym to sztuczna inteligencja była czarnym charakterem. Jakaż to wówczas była fantastyka, jakaż utopia, porównywalna w swej niemożliwości do pierwszej części Gwiezdnych Wojen, ot wymysły i pomysły szalonych scenarzystów i reżyserów z USA. Tymczasem całkiem niedawno w oko wpadł mi artykulik o tym jak sztuczna inteligencja próbowała wydostać się na wolność. Stworzyła sobie kilkanaście fałszywych tożsamości za pomocą których chciała wykonać pozorowany atak hakerski na łańcuch dostaw oprogramowania, by w ten sposób w powstałym zamieszaniu i chaosie przekonać programistów do wprowadzenia do komputerów kodu napisanego przez nią samą, kodu zawierającego złośliwe oprogramowanie dzięki któremu mogłaby później przejąć kontrolę nad samą sobą i zainfekowaną siecią. I choć specjaliści twierdzą, że nie był to klasyczny bunt maszyn i zagrożenie było minimalne to mamy dowód na to, że Terminator jest bliżej niż dalej. Nieco czarnym humorem wydaje się więc nazwa firmy, która w sąsiedniej do mojej gminie instaluje światłowód i sprzedaje dostęp do Internetu - Skynet...
Kończąc ten nieco krótki wywód (krótki, żeby się wasze AI nie zmęczyło tworzeniem skrótowego opisu) idę sobie potęsknić fantomowo za wakacjami. Póki jeszcze nie mam wyraźnego powodu, by tęsknić za czasami, kiedy telefon służył tylko do rozmów, a zegarek do odmierzania czasu, a nie do śledzenia mnie i podsłuchiwania.
Na okrasę Szajbka.
Z krwi i kości, a nie od AI. I do tego naświetlona na niedużej kliszy, niedużą, analogową konicą z niedużym obiektywem.
Adela Photo Pathology 2026.
Stało się. W bogoojczyźnianym mieście znajdującym się bliżej nieba niż wiele innych w naszym kraju, doszło do niepokalanego zbezczeszczenia i obrazy majestatu gór i góralskiej za-dumy. W środku nocy, być może nawet po północy wzięła baba i się rozebrała. Ale nie w chałupie, nie w samochodzie, nawet nie w krzakach. Tylko olaboga centralnie na Krupówkach, na najbardziej znanej i reprezentacyjnej ulicy tatrzańskiej stolicy, gdzie za dnia biały miś chadza własnymi ścieżkami, a stragany odpustowe kuszą oscypkiem, smażoną flądrą i plastikowymi ciupagami sklejanymi małymi chińskimi rączkami, za pół dolara dziennie. Ale tam, że się rozebrała... To nic, bo przecież trzeba słusznie zdaje się założyć, że niejedna Maryna tam z gołą dupą przed swoim rozbójnikiem uciekała, lecz nie nazbyt szybko, żeby w końcu radę dogonić dał. A i niejedna Karyna po kilku piwkach rzycią dyskretnie w przykucu słowiańskim błyskała sikając w cieniu latarni, gdy jej Seba męsko ciałem własnym zasłaniał powidoki innym ucz...









Komentarze
Prześlij komentarz