Nieszczęśliwie w szczęściu, bardzo dawno temu ominęła nas przyjemność poznania blasków i cieni cywilizacji rzymskiej, czyli tego całego dobra, które na trwałe odcisnęło piętno na Europie Zachodniej. Oczywiście wszystkiemu jak zwykle winni byli Niemcy, czyli ich przodkowie, przez których upór mentalny i zbrojny Rzymianie po prostu sobie odpuścili penetrowanie pilum i mieczami Europy bardziej na wschód uznając nie bez racji, ze to dzikie tereny wiec i ludy dzikie i szkoda sobie nimi tyłka zawracać. Przez co niestety pozostaliśmy w silnej strefie wpływów azjatycko słowiańskich i wiekami później cierpieliśmy, stając się ostatecznie przedmurzem chrześcijaństwa (które skuteczniej przepełzło przez bariery graniczne, językowe i kulturalne niż Rzymianie) i wbrew naszemu dzisiejszemu antyniemieckiemu i antyeuropejskiemu przeznaczeniu nadstawialiśmy nieustająco dupy za Europę i jej dobrobyt.
Skończyliśmy więc jak skończyliśmy i dopiero od niedawna stosunkowo udało nam się pod spódnicę owej Europy wleźć i do cycka z mlekiem przyssać zachłannie niczym osesek co nie jadł już 20 minut. Niestety dziedzictwo nasze jak słoma z butów nam wystaje i wystawać będzie. I nawet nie chodzi mi o dawną przepowiednię Lema, mówiącego, że dopiero wraz z przyjęciem Polski do UE, Europa pozna co to bóle fantomowe i zaprzaństwo. Tylko o rzeczy bardziej prozaiczne. Jak chociażby... nazwy dni tygodnia.
Taki w ogóle siedmiodniowy podział tygodnia ma korzenie w starożytnym Babilonie, a w Europie przyjął się dopiero w pierwszym wieku dekretem Konstantyna Wielkiego. Siłą rzeczy i wpływu kultur w zachodniej Europie w językach francuskim, niemieckim, angielskim, ale także martwej dziś łacinie, dni tygodnia pochodzą od dawnego kalendarza planetarno mitologicznego i różnych naleciałości historycznych. Angielski Monday to dzień księżyca, Sunday - dzień słońca, thursday - dzień thora. U Francuzów mardi pochodzi od Marsa, mercredi od Merkurego, jeudi od Jowisza, a vendredi od Wenus.W łacinie wtorek to dies Martis, środa - dies Mercuri, czwartek - dies Iovis, piątek - dies Veneris, a sobota - dies Saturni.
A u nas? No ni cholery. U nas mamy taki typowy polski bigos, tyle, że gotowany na wodzie święconej z odrobiną oczywiście bakterii kałowych bo te przecież najliczniej występują właśnie w chrzcielnicach. Jeżeli nawet Prasłowianie mieli jakieś swoje własne określenie na gówniany poniedziałek, kiedy trzeba iść do pracy i na weekend, kiedy można było poskakać przez ognisko i powypatrywać w lesie wypiętych Słowianek poszukujących kwiatu paproci, to ta wiedza została starta z powierzchni kory mózgowej odpowiedzialnej za pamięć przez wieki indoktrynacji chrześcijaństwa i kościoła katolickiego. No i mamy teraz co mamy. Mało kto wie, że dawniej najważniejszym i zarazem pierwszym dniem tygodnia na naszych terenach dawniej była niedziela. Niedziela, której nazwa odnosi się do biblijnego siódmego dnia odpoczynku, a więc nakazu: nic nie rób czyli po słowiańsku nie dielaj. Nie rób niczego. Odpoczywaj. Dlaczego badacze uznali, że było to pierwszy dzień tygodnia? Po po nim nim był oczywiście poniedielnik. Dzień po niedzieli. Potem był dzień wtóry po niedzieli, a po nim środa, czyli środkowy dzień tygodnia i to nam daje najczystszy obraz podziału tygodnia: niedziela, poniedziałek, wtorek. Dzień środkowy i potem czwartek, piątek, sobota. Czwartek czyli dzień czwarty, piątek czyli dzień piąty i... i tu zgrzyt niestety dla całej tej wiary co to na ustach naród, ojczyzna, biała siła i taka tam kiła. Dzień ostatni tygodnia czyli sobota. I żadne tam że Sobótka... Sobota to nic innego jak spolszczona, a raczej zesłowiańszczona nazwa szabasu, czyli w religii judaistycznej ostatniego dnia tygodnia. Ktoś jeszcze ma wątpliwości dlaczego akwarelista z Wiednia najpierw chciał unicestwić Żydów, a potem Polaków i Słowian w ogóle? Nosem czuł głębokie pokrewieństwo, dlatego moi drodzy z ONR... genów nie oszukacie robiąc manifestację w sobotę.
Nie chciałbym oczywiście, by ten post był w jakimkolwiek stopniu przyczynkiem prób odklejania Polski od Europy. Wszyscy wiemy i czujemy to, że gdyby nie Niemcy, Francja, Ruscy, Słowacy, żeby nie Ci wszyscy cholerni upierdliwi ludzie na tym świecie, to Europy centrum byłoby nad Wisłą! Od dawien dawna. I mówiono by w tych europejskich emiratach wyłącznie po polsku. Bo nam się to po prostu należy! Tak nam dopomóż Bug. Na Warcie nad Wisłą!
Zdjęciowo dziś pewna Pati uchwycona zda się wieki temu. Co do której od dawna mam
podejrzenia, że po prostu jej prapraprapraprapraprababcia zwiała ze stosu rozpalanego
przez tych, co nam ten kalendarz ułożyli. A zasadniczo to nawet nie są
podejrzenia, co przekonanie.
Stało się. W bogoojczyźnianym mieście znajdującym się bliżej nieba niż wiele innych w naszym kraju, doszło do niepokalanego zbezczeszczenia i obrazy majestatu gór i góralskiej za-dumy. W środku nocy, być może nawet po północy wzięła baba i się rozebrała. Ale nie w chałupie, nie w samochodzie, nawet nie w krzakach. Tylko olaboga centralnie na Krupówkach, na najbardziej znanej i reprezentacyjnej ulicy tatrzańskiej stolicy, gdzie za dnia biały miś chadza własnymi ścieżkami, a stragany odpustowe kuszą oscypkiem, smażoną flądrą i plastikowymi ciupagami sklejanymi małymi chińskimi rączkami, za pół dolara dziennie. Ale tam, że się rozebrała... To nic, bo przecież trzeba słusznie zdaje się założyć, że niejedna Maryna tam z gołą dupą przed swoim rozbójnikiem uciekała, lecz nie nazbyt szybko, żeby w końcu radę dogonić dał. A i niejedna Karyna po kilku piwkach rzycią dyskretnie w przykucu słowiańskim błyskała sikając w cieniu latarni, gdy jej Seba męsko ciałem własnym zasłaniał powidoki innym ucz...









Komentarze
Prześlij komentarz