Przejdź do głównej zawartości

Wielkie wymieranie

 Ostrożne szacunki łże elit i wykształciuchów spod znaku ciemnej gwiazdy mówią, że nasz świat ostatecznie skończy się za jakieś 10 miliardów lat. Skończy czyli słońce najpierw spuchnie, wchłonie swój zbiór planet, a potem zapadnie się w sobie, ściemnieje i ostygnie. Wydawać by się więc mogło, że spokojna głowa, mamy przecież sporo czasu, by robić tak wiele lub wręcz przeciwnie nic, bo to przecież najprzyjemniejsze z wszystkiego co człowiek robić umie... no może oprócz seksu, nie licząc tego w więzieniu. Tyle tylko, że jako gatunek robimy naprawdę wiele, by nie dotrwać w całości chwili, kiedy ten koniec nie będzie zależał od nas i w sumie nie byłoby to złe, gdyby nie smutny fakt, że przy okazji niszczymy skutecznie kawał otaczającego nas świata. Kiedy w końcu błędnie uznaliśmy, że naturalne zagrożenia typu dzikie zwierzęta, powodzie, huragany, pożary i trzęsienia ziemi to za mało, żeby podnieść ciśnienie typowemu przedstawicielowi homo na tej planecie, postanowiliśmy zacząć eksterminować samych siebie i trzeba przyznać że w tej kwestii jak się okazało jesteśmy niezwykle kreatywni. Od walenia się kamieniami po głowie dosyć szybko (jak na okres istnienia naszego gatunku) doszliśmy do bomby atomowej, choć trzeba przyznać, że ostatnia epidemia Covid troszkę dała do myślenia różnej maści czarnowidzom w kwestii konkurencyjności broni biologicznej względem atomu, a i zmiany klimatu też nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Ale jest jednak jeszcze jedno niedoceniane w ogóle zagrożenie i to takie, które do tej pory w ogóle nie znajdowało się w przegródce z napisem "możliwa przyczyna zagłady ludzkości". A nazywa się ono... kobiety. 
Tak, nie przesłyszeliście się (a właściwie to się nie przeczytaliście), tym zagrożeniem są właśnie kobiety i absolutnie nie nawiązuję tu do żadnych zakurzonych historii typu trójkąt: Ewa, Adam i jabłko czyli Eden utracony, czy też Wojna Trojańska - bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach ogarniający realia antycznego świata greckiego nie da wiary temu, że zakochani w homoseksualnych związkach faceci wyruszyli zbrojnie na innych homoseksualnych facetów, by wspólnie umierać za jakąś tam kobietę co to dostała jabłko... (też kleicie może, że w sumie to zawsze jak jest jakaś sroga zadyma to pojawia się jabłko? W Królewnie Śnieżce mieszkającej z siedmioma niskorosłymi też było...). Bardziej chodzi mi o nieodległą przeszłość naszej planety i również teraźniejszość i kobiece samolubne hasła i ruchy typu emancypacja i feminizm, czyli to co od 100 lat z małym okładem niszczy ten świat, w którym od wieków każdy znał swoje miejsce i wiedział co do niego należy i komu to przeszkadzało. Aż tu w pewnym momencie dzierlatkom zachciało się nosić spodnie, jarać szlugi, imprezować i nie wracać na noc do domu, gdzie w zlewie piętrzą się niepozmywane naczynia, a koty kurzu spod łóżka rozmiarem i drapieżnością konkurują z persami (takie koty, nie protoplaści Irańczyków, choć dla niektórych mniej światowych dużych różnic nie będzie). Kobiece wyzwolenie oczywiście ze strony męskiej otrzymało pomoc w postaci niezłego katalizatora czyli dwóch wielkich wojen światowych, w których znaczna część populacji z jądrami uległa anihilacji w imię ciul wie czego i niejako z musu, choć i też bez większego obrzydzenia kobiety raźno wkroczyły w ten zakazany wcześniej świat. W trudzie i mozole płeć piękniejsza wykuwała sobie własną drogę przecierając szlaki następczyniom, aż doszliśmy do miejsca w którym znajdujemy się obecnie. A znajdujemy się w świecie przez wielu kojarzonym z dzieciństwa, a konkretniej z bajek o Piotrusiu Panie. Czyli w Nibylandii, tylko takiej trochę wypaczonej, jakby scenariusz tego świata napisał Tarantino i to po wspólnej trzydniowej imprezie z Nicolasem Cage'em u Charliego Sheena. Wychowani przez złą i apodyktyczną feministyczną macochę w typie filmowej Umy Thurman wrażliwi, delikatni, ale też i zniewieściali i jednocześnie źli na świat i na kobiety faceci, nieumiejący się odnaleźć w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości nagle zaczynają tupać nóżką i marzyć o tym by wywrócić stolik. Są przy tym pozornie nieudolnie zabawni, ale też i potencjalnie bardzo groźni, bo jednym z takich chłopczyków jest obecny rezydent Białego Domu w USA, który świat traktuje jak piaskownicę pełną cudzych zabawek, których on bardzo pragnie i uważa, że może brać co chce jeśli tylko mu się to spodoba, a przy tym jest kapryśny i obrażalski bardziej niż Pavarotti kiedy obsługa garderoby zgubi mu białą chusteczkę. Trump nie jest niestety odosobnionym przypadkiem, raczej najlepiej rozpoznawalnym reprezentantem coraz szerszego zjawiska. Jak gówno po awarii kolektora pod Wisłą, świat zalewa fala nie tyle oficjalnie nazwanego antyfeminizmu co raczej antytyzmu wszelakiego zrodzonego ze strachu przed nowoczesnymi kobietami. Niechęć do uchodźców, niechęć do odmienności i tolerancji, niechęć do do pomagania potrzebującym i słabszym, niechęć biedy i bogactwa, niechęć do niechęci i tak dalej, no i w końcu spajająca to wszystko w całość niechęć do kobiet, których rozpychanie się łokciami doprowadziło do zepchnięcia męskości w ciemny narożnik ringu, gdzie "rodzą się szajby, małe i biedne". Bez problemu dziś znajdziecie w sieci miejsca gdzie tak zwani incele marząc o seksie z kobietą czy chociażby o daniu takiej klapsa z zaskoczenia, gardzą jednocześnie oficjalnie tą drugą wyemancypowaną i wyzwoloną płcią. Przy tym pełno tam jest haseł o przywróceniu porządku starego świata w którym to mężczyzna polował, wybierał, akceptował lub odrzucał, a nie czekał i to często nadaremno, aż któraś z niewiast w tym wykastrowanym społecznie awatarze męskości dostrzeże jakiś potencjał i łaskawie skinie głową trzepocząc firaną rzęs nad spłonionym rumieńcem. Przy tym wszystkim we współczesnym świecie bezwysiłkowej natychmiastowości oczekiwania głównie dotyczą drugiej strony przy zerowym wysiłku czy wkładzie własnym, co jest oczywistą przyczyną nieustającego kręcenia się w błędnym kółku przez zagubionych chłopców z Nibylandii. I wtedy na scenę wkracza On. Albo uczciwiej napisać Oni. Obiecujący ten cholerny stolik w końcu wywrócić. I przy okazji obiecujący wiele innych niestworzonych i nierealnych rzeczy, ale w tym wszystkim największym lepem na muchy jest obietnica przywrócenia należytego miejsca i szacunku męskiej dumie i ego, by panowie i władcy mogli powrócić w chwale i glorii sądząc żywych i umarłych oraz oczywiście kobiety. 
Stąd moi mili taka popularność oszołomów ze skrajnie prawicowych partii podczas ostatnich wyborów w Polsce. I to popularność właśnie wśród młodych facetów. I (żeby było uczciwie) u niewielkiej, ale jednak (co smuci) części młodych kobiet, które niczym kura dobijają się do drzwi przydrożnego KFC wołając: open the gate! I stąd też te wszystkie pozornie nie mające nic wspólnego ze społeczną męską kastracją ruchy typu szon patrol, ruch obrony granic, czy wszyscy ci rycerze spod znaku religijnej dewocji. Bo kiedyś panie to były czasy, a teraz czasów nie ma i jak nic się nie zrobi to czeka nas zagłada, taka sama jaka spotkała dinozaury podczas Wielkiego Wymierania. A wszystkiemu winne są oczywiście... kobiety. Kobiety, które sobie zupełnie niepotrzebnie uświadomiły czego od życia pragną. 

Dziś zdjęciowo niestety kobieta, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że w ogóle się jej nie bałem i nie boję, tylko jej o tym nie mówcie ;)
Pris i plener Adela Photo Pathology jakiś czas temu w odległej galaktyce. 















Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Majtki wyklęte.

 Jest taki stary dowcip, mówiący o tym, że kiedyś, żeby zobaczyć kobiece pośladki należało rozchylić majtki, a dziś, żeby zobaczyć majtki, należy rozchylić pośladki.  Natenczas właśnie , dzięki impulsowi słownemu od Pani Zofii przedstawię w miarę zwięźle historię damskich majtek. Historię teoretycznie długą jak pantalony, ale tak naprawdę jeśli chodzi o przedział czasowy to skąpą jak stringi. Wydawać by się bowiem mogło, że kobieca bielizna jest czymś tak oczywistym i naturalnym, że na pewno pierwsze majtki założyła Ewa zaraz po wygnaniu z raju i jedyne co jest w tej historii niejasne to tylko to jakiej były firmy. Tymczasem jak się okazuje nic bardziej mylnego, przez wiele, wiele wieków gacie jako okrycie intymnej części ciała były czymś zarezerwowanym tylko i wyłącznie dla mężczyzn. Taki na przykład żyjący 5300 lat temu na terenach dzisiejszego Tyrolu słynny człowiek lodu Ötzi, oprócz wierzchniej odzieży miał na sobie specjalną skórzaną przepaskę chroniącą genitalia. W XIII ...

Tyci, tyci.

Podobno ludzki organizm rośnie średnio do 20 roku życia. Potem mówi pas, koniec, wyżej nie da rady, ale kurcze zobacz ile mamy miejsca jeszcze po bokach. I żeby nie było, że to tylko dowcip to ostatnimi laty naukowcy z rożnych krajów (w tym również i Polski) postanowili zająć się kwestią otyłości i to otyłości szczególnej bo tej dotykającej żonatych mężczyzn. No i wyszło im czarno na białym, że tyją oni częściej, szybciej i w większej ilości niż ich nieżonaci rówieśnicy. Co jasno dowodzi kto jest bezsprzecznie winien temu, że faceci po ślubie grubieją. A wszystko się zaczęło oczywiście od Ewy, która sama zeżarła całe jabłko i biedny Adam musiał zjeść tłustego węża i potem nie mógł przejść przez ucho igielne i tak wylądował poza rajem, gdzie Ewa ujrzała jego nagość, której on sam wcześniej nie dostrzegał z powodu zaawansowanej lustrzycy, a jak wiadomo luster jeszcze wtedy u bogu nie było. Czy jakoś tak to szło, dokładnie już nie pamiętam, bo na religię przestałem chodzić dosyć wcześnie ...

Zombie.

Kiedyś (w tym wypadku słowo kiedyś oznacza jakieś dwadzieścia pięć lat wstecz) obejrzałem kilka filmów o zombie i dałem sobie spokój z kolejnymi. Czemu? Bo były do znudzenia powtarzalne. Nagła zaraza, epidemia, hordy żywych trupów, garstka niezarażonych i nieustająca zabawa w kotka i myszkę z tymi co mają mózg i tymi co chcą go zjeść. Strzelby, siekiery, piły łańcuchowe... zieeeew. Czyli nuda. Flaki (najczęściej dużo flaków) z olejem. Dlatego szerokim łukiem omijałem ten gatunek i poza dwoma wyjątkami nadal omijam. Pierwszym wyjątkiem był Zombieland. Rzec by można lekka i przyjemna komedyjka o zombie, dodatkowo z dwójką aktorów, których lubię, czyli Bill Murray grający samego siebie i Woody Harrelson. Drugim filmem, który mi się spodobał (ale to raczej ze względu na robiące wrażenie kadry i ujęcia) był/jest: Jestem legendą. Z Willem Smithem. Reszta jakoś mi nie podchodzi i już. I chyba dobrze, bo jak pokazało życie, nasze ludzkie wyobrażenia o zombie szerokim łukiem rozmijają się z rze...