Na fali.


Nie będzie dziś wcale o surfowaniu. Raz, że to nie ta pora roku, dwa moczenie się wraz z kawałkiem deski w wodzie to nie moja bajka. Będzie za to o innych falach. Radiowych. A konkretnie o ich przekaźniku, czyli o jakże przydatnym i jakże w dzisiejszych czasach oczywistym urządzeniu jakim jest radio samochodowe. Dzięki niemu treści niesione falami radiowymi umilają nam czas w podróży, w korkach, uczą, bawią, informują. Samo w sobie radio samochodowe jest rzeczą tak oczywistą, że jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach wręcz niezauważalną. Bo sami przyznajcie z ręką na sercu, kto z was zastanawiał się choć raz nad tym kto i kiedy pierwszy wpadł na pomysł włożenia go do samochodu? A jak się okazuje jest to historia wcale nie tak znowu odległa, bo nasze kochane radio samochodowe nie ma jeszcze nawet stu lat. I nie, wbrew podejrzeniom jakie zapewne zaczynają kiełkować w waszych głowach to wcale nie Japończycy pierwsi postanowili sobie umilić jazdę samochodem przy pomocy dźwięków wydobywanych z radioodbiornika. No, a jak nie Japończycy to oczywiste jest, że..?
No właśnie tak, to byli Amerykanie, którzy niewątpliwie przodowali w ubiegłym wieku w wynalazkach rozleniwiających człowieka. Kto pierwszy pomyślał o radiu w automobilu nie wiadomo. Wiadomo za to kto pierwszy spróbował to zrobić. W 1927 roku firma Automobile Radio Corporation patentuje radioodbiornik samochodowy, a w 1930 po ulicach jeżdżą już auta w których można posłuchać muzyki czy wiadomości. Równolegle, jak to często z wynalazkami bywa, mało wówczas znana firma dwóch braci, Galvin Manufacturing Corporation prezentuje swój niezależny odbiornik o znanej dziś nazwie Motorola. Historia radia samochodowego w Europie zaczyna się niewiele później, bo w 1932 roku dzięki niemieckiej firmie Ideal-Werke, oznaczającej swoje produkty niebieską kropką (Blaupunkt), mającą gwarantować najwyższą jakość produktu. Warto zaznaczyć, że radia produkowane przez tą niemiecką firmę już wtedy posiadały zabezpieczenia przed kradzieżą (aż chciałoby się zakrzyknąć: nasi tam byli!), podświetlenie ułatwiające obsługę nocą, a także możliwość odsłuchiwania ówczesnych płyt CD czyli gramofonowych. Oczywiście kubatura takiego odbiornika była dosyć spora (ok 10 litrów), a cena sięgała niejednokrotnie 1/3 wartości samochodu więc nie każdego było na taki luksus stać. A w dzisiejszych czasach? Wsiadamy do samochodu, przekręcamy kluczyk w stacyjce, a z głośników zaczyna płynąć muzyka. Raz na jakiś czas przerywana głosem spikera przekazującego najważniejsze wiadomości z kraju i ze świata i/lub reklamami. I przyznać muszę, że przynajmniej w moim przypadku radio w aucie jest pierwszym i podstawowym źródłem wiedzy o świecie który mnie otacza. I tak na przykład dziś rano dowiedziałem się, że w naszej kochanej polityce jest coś, co jednoczy wszystkie partie. Pedofilia. Oczywiście nie sugeruję, że wybrańcy narodu wolą figle z nieletnimi obojga płci (choć cholera i ABW tylko wie, jak jest naprawdę) tylko chodzi o rzekomą troskę o nas i projektowaną tak zwaną ustawę pedofilską, która ma umożliwić stworzenie ogólnopolskiej i ogólnodostępnej bazy danych o ludziach skazanych za seks z nieletnimi lub ich molestowanie. Łopatologicznym argumentem, który ma przemawiać za tą popieraną przez wszystkie partie ustawą jest na przykład to, że każdy będzie mógł sobie sprawdzić, czy po drodze do szkoły, którą codziennie przemierza nasze dziecko nie mieszka przypadkiem jakiś osobnik skazany za wielokrotną pedofilię. Bo jak agitowała za ustawą jeszcze jakaś posłanka, każdy kto się połasi na wdzięki nieletnich musi się liczyć z tym, że jego wizerunek i dane zostaną upublicznione. Dwie, a właściwie trzy rzeczy w całej tej historii zasłyszanej w aucie mnie zaskoczyły, zapalając czerwoną ostrzegawczą lampeczkę. Hola, hola pomyślałem. Przecież to jakaś paranoja. Papka dla mas, ochłap rzucony w paszcze szczekających jadaczek, lanie mydlin prosto w te duże, naiwne oczy ludu. Po pierwsze jak znam życie i prawo dla równych i równiejszych to ani jedna plebania nie znajdzie się na tej liście i mapach, bo rzadko który z pedofilii w czarnej kiecce staje przed sędzią. Po drugie już oczyma wyobraźni widzę te nocne sąsiedzkie lincze namierzonych dzięki tej bazie byłych skazanych próbujących (załóżmy) powrócić do normalnego życia. I po trzecie, najważniejsze, największą moją uwagę zwrócił zwrot "wielokrotnie skazany za pedofilię". A jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Zamiast zająć się prawem i tak je zmodyfikować, żeby już nigdy, żaden pedofil nie miał szansy zostać po raz drugi skazanym za pedofilię, to próbuje się stworzyć jakieś chore prawo zastępcze. Równie kulawe i równie nieporadne jak te które już u nas funkcjonuje. Gratuluję niniejszym wszystkim posłom i posłankom zbiorowej histerii. Zwłaszcza tym wielokrotnie już wybieranym. Przydałaby się zamiast tego jakaś baza z danymi naszych parlamentarzystów: ile razy wybrani, w jakich partiach byli, ile zarobili, co dla Polski i swoich wyborców zrobili, za jakimi ustawami głosowali i przeciwko którym. I gdzie można ich zastać, żeby osobiście podziękować za ich trud i troskę.  Odnoszę wrażenie, że byłby to o wiele bardziej przydatny zbiór danych.
A na koniec tradycyjnie, żeby umilić wszystkim moje ględzenie, kilka zdjęć. Dziś Natalka, młode dziewczę, które udało mi się "przyłapać" na koloniach nad Pilicą. I uprzedzając działania nadgorliwych: absolutnie nie obawiam się, że wyląduję w tej projektowanej bazie danych.










Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zombie.

Szecherezada.

Lech, Czech i Rus.