Katiusza.

"Выходила на берег Катюша,
Hа высокий берег на крутой
Выходила, песню заводила..."
Spokojnie, spokojnie, przetłumaczę. Wiem przecież, że teraz w Polsce jest taka moda, że łatwiej dogadać się w suahili niż po rosyjsku. A na modę nie ma rady, trzeba przeczekać. Chodzi o to, że wychodziła na brzeg Katiusza, na wysoki, na stromy. I tam śpiewała. Bo jak każdy Polak wie, rosyjskie kobiety i dziewczęta zajmują się głównie śpiewem, kiedy ich mężczyźni walczą, a walczą ci mężczyźni właściwie od wieków bez przerwy. Oprócz śpiewu, rosyjskie kobiety pracują w fabrykach, jeżdżą traktorami, rodzą dzieci, noszą wodę zimą w dziesięciokilogramowych kostkach, odpędzają niedźwiedzie polarne od placów zabaw dla dzieci i jak trzeba to piją za dwóch chłopa. A jak naprawdę trzeba to piją i za czterech, mają dwa metry wzrostu i w barach tyle co duży fiat od lusterka do lusterka... Tyle o mitach. Teraz będzie o realiach. Dla przeciętnego obywatela każdy kto mieszka po drugiej stronie przejścia granicznego na wschodzie Polski to "rusek". Bo przecież kiedyś tam było ZSRR, potem dłuuugo, dłuuugo, dłuuugo nic i nagle Chiny, Mongolia i Japonia. Aż tu nagle po upadku Berlińskiego Muru, upadku komunizmu w Polsce i rozwałce w ZSSR zwanej Pierestrojką okazało się, że za naszą granicą żyją narody różne. Litwini, Białorusini, Ukraińcy. A nawet gdzieniegdzie Łotysze, Kazachowie, Gruzini, Tadżykowie, Azerowie i Repatrianci. Już nie ci "ruscy" tylko Oni. Konkretni, z krwi i kości i tak jak my pragnący własnego państwa, języka i życia bez cienia czerwonej gwiazdy nad głową. I o ile nam i innym państwom centralnej Europy się udało gładko wyśliznąć spod buta pachnącego gównem Stalina, o tyle wielu narodom bliżej przytulonym do Rosji już nie. I nie, dziś nie będę pisał o Ukrainie. Ani Afganistanie czy Gruzji. Dziś napiszę o Białorusi. A właściwie o konkretnej osobie z Białorusi. I nie będzie to nikt o nazwisku Łukaszenko. Dziś napiszę o Kasi. Katiuszy. Katieńce. Przepięknej obywatelce państwa w którym rządzi od lat niejaki Aleksander. Dla której uzyskanie wizy i przejechanie 800 kilometrów po to, żeby zapozować do zdjęć to żaden problem. Nauczyć się polskiego w ciągu 3 miesięcy w stopniu komunikatywnym? Żaden problem. Czym wprawiła mnie w totalne zdumienie. Po przecież dla większości naszych rodzimych "modelek" przejechanie 100 kilometrów to coś nierealnego, w najlepszym wypadku wyczyn co najmniej wart wpisu do księgi rekordów Guinessa. O nauce języków obcych nawet nie wspomnę...
Poniższe zdjęcia powstały podczas Bursztynowego Pleneru Fotograficznego w Sarbinowie. Malowała Hania Piotrowska. Pomagało kilka osób. Wszystkim bardzo dziękuję. A w szczególności Kasi, że zechciała być przed moim obiektywem. I że dzielnie znosiła moje próby przypominania sobie jak to było po rosyjsku.







Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zombie.

Szecherezada.

Lech, Czech i Rus.