Przejdź do głównej zawartości

He...he...he... tero.

 "Tero" będzie o PeKiNie czyli rezydencie pałacu namiestnikowskiego przy ulicy Krakowskie Przedmieście w Warszawie, który w całej swojej prostocie, żeby nie napisać prostactwie wetuje ustawy jak leci, większość zresztą nawet bez czytania, bo do czytania to ona ma przecież ludzi, a sam dzięki temu ma czas na spotkania z kibolami i pokrzykiwanie przez mikrofon w kwestiach o których pojęcia ma, ale zdecydowanie małe.  "Tero" konkretnie będzie o tym jak PeKiN wielką jest nadzieją katolickich i prawicowych środowisk jeśli idzie o kwestię ochrony coraz mocniej atakowanej instytucji zwanej Polska Rodzina. Rzekomo głównymi sprawcami korozji fundamentów tejże są oczywiście środowiska lewicowe oraz jeszcze bardziej te propagujące idee zazwyczaj niezdrowo podniecające każdego szanującego się Polaka, czyli kręgi piekielne związane z LGBTQ. Można by do tego dorzucić jeszcze tak zwane zgniłki moralne czyli wszelakiego autoramentu młodzież (głównie, acz nie tylko), która obyta i opatrzona w świecie, zwyczajnie w dupie ma (w przenośni lub i nie) to co robią inni sami ze sobą lub za obopólną zgodą z innymi w gronie mniejszym lub większym. PeKiN już podczas kampanii prezydenckiej głośno krzyczał, że Polska Rodzina to chłopak i dziewczyna, a "genderquery" niech idą do cholery. Obecnie wydalić z siebie postanowił wśród innych gniotów projekt ustawy w myśl której każda rodzina, która ma na to papier i cały system zachowań oraz minimum dwójkę dzieci powinna zostać potraktowana zerowym PITem przez nasze urzędy fiskalne. Pomysł uważam za bardzo dobry, dobry lub dostateczny, czyli siadaj dwa, a to z tego powodu, że skoro zawiodło 500, a potem 800 plus jako czynnik mający zwiększyć dzietność w naszym nardzie, to i PITu PITu nie pomoże, a tylko pogłębi coraz większe nierówności społeczne jeśli idzie o dokładanie przez podatników do wspólnego garnuszka i czerpanie z niego potem łyżeczką. Osobiście dziękuję postoję, bo system w którym jedni zapieprzali, żeby inni dostawali po równo już raz przerabialiśmy i sprawdził się raczej słabo, chyba, że rozpatrywać to będziemy w kwestiach rozwijania w narodzie umiejętności kombinowania, cwaniactwa, łapówkarstwa i posiadania znajomości, to bez kozery powiem, że wszystko było na medal i to nawet złoty. A i owszem latami potem trzeba było ten eksperyment na żywym narodzie i gospodarce spłacać w formie rat kredytowych, ale to było nasze, przez nas wykonane i nie było to nasze ostatnie słowo, tak nam dopomóż słodki borze iglasty i wszyscy śnięci w Odrze. Czego przykładem jest właśnie PeKiN i jego jasnogórska obrona mocno spleśniałych hetero/kato małżeńskich wartości, pod którą podpisują się wszystkimi odnóżami wyznawcy tej archaicznej ideologii.

Tymczasem pora sobie uświadomić gorzką prawdę, która dla wielu będzie trudniejsza do przełknięcia, niż chwila w którym ich córka przedstawia im swojego chłopaka o kolorze skóry odbiegającym od prasłowiańskich standardów nadwiślanych, (choć jakby się tak poważnie zastanowić to przecież Mieszko cesarzowi Ottonowi w tym X wieku zadał szpanu ofiarowując mu wielbłąda, a wtedy był to prezent porównywalny dziś do złotego maybacha na wielosezonowych oponach Dębicy, czyli praktycznie rzecz nierealna. Co - żeby wątku nie zgubić - mogło być dowodem na to, że Polacy już wtedy mieli ciągoty kolonialne względem Czarnego Lądu i mogli napotykać Afroafrykanów czy osoby z ludów arabskich wśród ekip karawan kupieckich jakie przemierzały ówczesną Europę, więc widok nie tak do końca musiał być obcy). Ale jest pigułka dla Polaków bardziej gorzka i bolesna niczym kolonoskopia bez znieczulenia: największym zagrożeniem w Polsce dla małżeństw heteroseksualnych i najczęstszą przyczyną ich rozpadu są... (tu werble)... heteroseksualiści. Nie geje i lesbijki, nie biseksualiści, nie osoby niebinarne, transpłciowe czy querr, nie aseksualne i panseksualne i nie te, które w żaden sposób się w powyższych ramkach nie mieszczą. Tylko i włącznie heteroseksualiści. Bo statystyki nie kłamią, są nieubłagane, a ich treść brzmi: 100% rozwodów w naszym kraju dotyczy małżeństw heteroseksualnych. Co więcej i co ciekawsze, przykładowo w takim 2019 roku w Polsce odbyło się 65 300 rozwodów. Oczywiście urzędowych stwierdzających ostatecznie iż tych dwoje już nigdy więcej wspólnie PITa nie rozliczy, ale w tej liczbie mieści się jeszcze jedna mniejsza, choć moim zdaniem ciekawsza, bo mroczniejsza - 2890 rozwodów... kościelnych unieważniających sakrament małżeństwa, czyli taki który w myśl prawa kanonicznego jest w cholerę nierozerwalny, bo co bóg złączył człowiek niech nie... i tak dalej. Plus tam było jeszcze siedem dyspens od małżeństwa (zawarte, acz nie skonsumowane) udzielonych przez samego najbielszego w swej istocie Franciszka zwanego papieżem - niech mu ziemia watykańska lekka będzie. Tak czy siak nie bez powodu nad od Tatr do Bałtyku krąży dowcip: ile razy w Polsce można brać ślub kościelny? Do skutku. 

Mając na uwadze powyższe bezlitosne statystyki oraz moją głęboką troskę o naród nasz wybrany z całą stanowczością jeszcze raz stwierdzam: największym zagrożeniem dla małżeństw w Polsce są heteroseksualiści oraz zwyczaj zawierania przez nich tychże małżeństw. I dlatego też równocześnie głośno i wyraźnie mówię NIE wyrokowi zgniłej, zdemoralizowanej i zepsutej od głowy Unii Europejskiej nakazującej wprowadzić w Polsce małżeństwa jednopłciowe. NIE, NIE i już. Żadnych małżeństw. Jakichkolwiek, kogokolwiek z kimkolwiek. Wręcz należy wprowadzić całkowity zakaz obejmujący wszystkich jak leci, bez względu jaka ich określa literka i jakie mają poglądy, osądy czy wielbłądy. I niech w końcu umęczeni jak pod Ponckim Piłatem dyskryminowani i niszczeni hetero mają prawo żyć na kocią łapę jak inni i żadnych mi tu dyrdymałów o tym, że to jest niezgodne z prawami boskimi czy prawami natury. Adam i Ewa kopniakiem wywaleni z raju ślubu nie mieli. I żaden koń, pies czy wydra też nie, a co za tym idzie o rozwodach również pojęcia nie mieli i nie mają i dobrze im z tym. A o Jezusie (który nawiasem pisząc jest przecież Królem Polski jakby nie patrzył) to nawet nie wspomnę - żył w komunie razem z dwunastoma chłopakami i zajmowali się głównie podróżnymi happeningami typu rozdawanie ryb zawiniętych w ulotki traktujące o miłości bliźniego z bliźnim bez rozkminiania tego na płcie, plus dopracowane nie powiem sztuczki cyrkowe jak chociażby chodzenie po wodzie, czy podmienianie dzbanków z alkoholem. No i czasami (co skromnie tylko nakreślono w księdze) Jezus się zajmował też Magdaleną, choć jak wiadomo i od Judasza pocałunku ostatniego nie odmówił.
Skończmy wreszcie z tą histerią małżeństwa sztucznie kreowanego na jakiś złoty środek i panaceum na wierność, miłość, nierozerwalność i pro rodzinność - bo to bzdura jest totalna. Wystarczyłaby przecież prosta notarialna umowa, parę paragrafów na wypadek wygaśnięcia umowy, zabezpieczenia ewentualnych dzieci czy podziału majątku. Coś jak intercyza - tyle, że bez nieuniknionej konsekwencji ślubu zaraz potem. Ot karteluszek czy nawet dwa: przed notariuszem dnia tego i tego stawili się... i po krzyku. A ile potem mniejsza trauma, jak coś nie wyjdzie. 

Zdjęciowo dziś sesja powstała dawno temu. Opowiadająca historię jaką w głowach miały modelki. 
Choć gdybym musiał się określić to stawiałbym na potrzebę poruszenia tematyki wysokiej zawartości potasu w niektórych zagranicznych owocach. A potas jak wiadomo wydatnie wspiera pracę mięśnia sercowego, więc i także sprzyja miłości jakiejkolwiek niekoniecznie kojarzonej zaraz z sakramentem małżeństwa. Czy jakoś tak ;)









Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Majtki wyklęte.

 Jest taki stary dowcip, mówiący o tym, że kiedyś, żeby zobaczyć kobiece pośladki należało rozchylić majtki, a dziś, żeby zobaczyć majtki, należy rozchylić pośladki.  Natenczas właśnie , dzięki impulsowi słownemu od Pani Zofii przedstawię w miarę zwięźle historię damskich majtek. Historię teoretycznie długą jak pantalony, ale tak naprawdę jeśli chodzi o przedział czasowy to skąpą jak stringi. Wydawać by się bowiem mogło, że kobieca bielizna jest czymś tak oczywistym i naturalnym, że na pewno pierwsze majtki założyła Ewa zaraz po wygnaniu z raju i jedyne co jest w tej historii niejasne to tylko to jakiej były firmy. Tymczasem jak się okazuje nic bardziej mylnego, przez wiele, wiele wieków gacie jako okrycie intymnej części ciała były czymś zarezerwowanym tylko i wyłącznie dla mężczyzn. Taki na przykład żyjący 5300 lat temu na terenach dzisiejszego Tyrolu słynny człowiek lodu Ötzi, oprócz wierzchniej odzieży miał na sobie specjalną skórzaną przepaskę chroniącą genitalia. W XIII ...

Tyci, tyci.

Podobno ludzki organizm rośnie średnio do 20 roku życia. Potem mówi pas, koniec, wyżej nie da rady, ale kurcze zobacz ile mamy miejsca jeszcze po bokach. I żeby nie było, że to tylko dowcip to ostatnimi laty naukowcy z rożnych krajów (w tym również i Polski) postanowili zająć się kwestią otyłości i to otyłości szczególnej bo tej dotykającej żonatych mężczyzn. No i wyszło im czarno na białym, że tyją oni częściej, szybciej i w większej ilości niż ich nieżonaci rówieśnicy. Co jasno dowodzi kto jest bezsprzecznie winien temu, że faceci po ślubie grubieją. A wszystko się zaczęło oczywiście od Ewy, która sama zeżarła całe jabłko i biedny Adam musiał zjeść tłustego węża i potem nie mógł przejść przez ucho igielne i tak wylądował poza rajem, gdzie Ewa ujrzała jego nagość, której on sam wcześniej nie dostrzegał z powodu zaawansowanej lustrzycy, a jak wiadomo luster jeszcze wtedy u bogu nie było. Czy jakoś tak to szło, dokładnie już nie pamiętam, bo na religię przestałem chodzić dosyć wcześnie ...

Zombie.

Kiedyś (w tym wypadku słowo kiedyś oznacza jakieś dwadzieścia pięć lat wstecz) obejrzałem kilka filmów o zombie i dałem sobie spokój z kolejnymi. Czemu? Bo były do znudzenia powtarzalne. Nagła zaraza, epidemia, hordy żywych trupów, garstka niezarażonych i nieustająca zabawa w kotka i myszkę z tymi co mają mózg i tymi co chcą go zjeść. Strzelby, siekiery, piły łańcuchowe... zieeeew. Czyli nuda. Flaki (najczęściej dużo flaków) z olejem. Dlatego szerokim łukiem omijałem ten gatunek i poza dwoma wyjątkami nadal omijam. Pierwszym wyjątkiem był Zombieland. Rzec by można lekka i przyjemna komedyjka o zombie, dodatkowo z dwójką aktorów, których lubię, czyli Bill Murray grający samego siebie i Woody Harrelson. Drugim filmem, który mi się spodobał (ale to raczej ze względu na robiące wrażenie kadry i ujęcia) był/jest: Jestem legendą. Z Willem Smithem. Reszta jakoś mi nie podchodzi i już. I chyba dobrze, bo jak pokazało życie, nasze ludzkie wyobrażenia o zombie szerokim łukiem rozmijają się z rze...