Ludzkość od zarania swojego istnienia się rozwija. Wielotorowo. Oczywiście największy i najszybszy postęp i rozwój technologiczny związany jest z unicestwianiem. Siebie, innych, zwierząt, a od jakiegoś czasu nawet całej przyrody i planety.Wraz z tym rozwojem, na szczęście pobocznie i niejako przypadkowo i przy okazji rozkwitają inne gałęzie postępu. Jak chociażby medycyna. I choć marne to pocieszenie na okazję, kiedy w końcu zabraknie ludzkości tlenu i wody, to jednak relatywnie żyjemy dłużej i czasami nawet lepiej niż nasi przodkowie nawet dwa pokolenia wstecz o praprzodkach nawet nie wspomnę. Oczywiście nie z wszystkimi chorobami nauczyliśmy się sobie radzić. Taki rak spędza od dziesiątek lat sen z powiek lekarzy, badaczy i naukowców wszelakiego autoramentu. I kiedy wydawało się, że to w sumie jeśli chodzi o zdrowie największa nasza globalna bolączka, pojawił się Covid i powiedział: a kuku! Niby choroba nowa, zaskakująca, a jednak jak się okazało znana - ponad wiek temu też zdziesiątkowała ludzkość i jak się okazało nie wyciągnęliśmy z tego żadnych lekcji. Są też takie choroby, które znamy dużo dłużej, ale dopiero od niedawna uznaliśmy, że warto i nawet należy się nimi zajmować, choćby ze względu na ich szkodliwy wpływ na społeczeństwo. Większość osób w miarę oczytanych kojarzy termin PTSD ( Post-Traumatic Stress Disorder),czyli po polsku zespół stresu pourazowego. Objawy tego zaburzenia opisywane były od starożytności (żołnierze wykazywali objawy lękowe, utraty pamięci i depresji), a jak twierdzą historycy pospołu z lekarzami zespół stresu pourazowego towarzyszy nam najprawdopodobniej od zarania dziejów, a dziś nawet niektórzy specjaliści wysnuwają teorię, że schorzenie to może dotyczyć także dzikich zwierząt, walczących codziennie o przetrwanie. Samo sformułowanie PTSD jako formalne zaburzenie po raz pierwszy zdefiniowano dopiero w 1980 roku przez amerykańskich psychiatrów oraz uznano oficjalnie za jednostkę chorobową, czyli coś co można i powinno się leczyć. Z biegiem lat zbadano chorobę i postawiono diagnozę: nieleczone PTSD
prowadzi do depresji, zaburzeń lękowych, uzależnień, problemów z
relacjami społecznymi oraz do myśli i prób samobójczych. Z czasem zaczęto używać pojęcia "zespół stresu pourazowego" również wobec osób niezwiązanych z wojskiem: lekarzy i ratowników, strażaków i policjantów, ale także wobec osób które spotkała niespodziewana tragedia lub traumatyczne wydarzenie (np. po huraganie Katrina w USA obliczono na podstawie badań, że nawet 30-40% osób dotkniętych przez kataklizm wykazywało objawy PTSD). I choć sama choroba jako taka jest dobrze znana i dobrze opisana to niestety mimo upływu czasu i tysięcy badań nie udało się ustalić jak unikać rozwinięcia się zespołu stresu potraumatycznego i nie znaleziono jednolitej skutecznej metody leczenia osób dotkniętych tą chorobą. Sprawy nie ułatwia też fakt, że trauma po tragicznych i stresujących przeżyciach potrafi się ujawnić zarówno od razu jak i nawet wiele lat od jej przeżycia.
Czasami nasz cywilizacyjny rozwój jako ludzkości przyczynia się do powstawania lub potęgowania wcześniej marginalnych chorób - np. rozwój Internetu doprowadził do rozwoju "sekt" atyszczepionkowców, "dzięki" którym znowu lekarze mają okazję badać nierzadko śmiertelne przypadki ospy, gruźlicy czy odry. Są tez choroby, które pojawiły się wraz z rozwojem cywilizacyjnym - na początku lat 80tych, czyli równolegle do rozwinięcia się badań nad PTSD pojawiło się inne sformułowanie jednostki chorobowej: CWR - czyli Chroniczne Wypalenie Rodzicielskie, polegające na występowaniu długotrwałego i intensywnego stresu związanego z rodzicielstwem. Stan ów zgodnie z definicją pojawia się wtedy, gdy obowiązki związane z wychowaniem dzieci
przewyższają tak zwane zasoby emocjonalne i fizyczne rodzica. W odróżnieniu od
zwykłego stresu, który może minąć po dobrze przespanej nocy i
odpoczynku, wypalenie rodzicielskie utrzymuje się przez dłuższy czas i
nie ustępuje, nawet mimo prób regeneracji. Początkowo opisano je i używano wyłącznie w kontekście rodziców dzieci z chorobami przewlekłymi lub niepełnosprawnościami i być może dlatego dopiero wiele lat później zajęto się na poważnie badaniem tej choroby. I choć samą teorię wypalenia rodzica rozciągnięto również na rodziców dzieci zdrowych już na początku XXI wieku, to dopiero od 2018 roku dwie belgijskie badaczki (prof. Moira Mikolajczak i prof. Isabelle Roskam), zaczęły intensywnie badać ten syndrom i stworzyły narzędzia pomiarowe (Parental Burnout Assessment - PBA) pozwalające ocenić poziom wypalenia rodzicielskiego. Na całym świecie zainteresowanie tematem i badaniami nad nim wzrosło oczywiście w trakcie pandemii COVID-19 i niespotykanej do tej pory skali izolacji społecznej, a w samej Polsce w 2020 dr Dorota Szczygieł z Uniwersytetu SWPS opracowała polski kwestionariusz badawczy. W efekcie naszych rodzimych badań połączonych z badaniami prowadzonymi przez belgijskie profesorki w wielu innych krajach, uzyskano wyniki, które lokują Polskę na niechlubnym niestety pierwszym miejscu wypalenia rodzicielskiego, tuż przed Belgią. Za nią po kolei jest Szwajcaria, Egipt, Kanada, USA i Finlandia, a na bardzo dalekim szarym końcu jest Tajlandia. W wyniku tych badań i badań nad samymi badaniami wysnuto wniosek, iż tendencja do wypalenia się rodzica jest zdecydowanie wyższa w bogatych i rozwiniętych krajach Północy naszego globu, a zdecydowanie niższa w biedniejszych krajach Południa. Skąd takie wyniki? Otóż jednym z głównych winnych jest tak zwany kulturowy indywidualizm "modny" głównie właśnie w krajach rozwiniętych. Indywidualizm oznaczający odejście od wielopokoleniowego modelu rodziny i więzi z dalszymi krewnymi, a co za tym idzie poczuciu odpowiedzialności tylko za siebie i najbliższą rodzinę, co ostatecznie prowadzi do tego, że rodzicielstwo staje się samotnym przedsięwzięciem, gdzie o wiele łatwiej o porażkę czy poczucie przegranej, co jeszcze wzmogła oczywiście pandemia Covid-19, uniemożliwiająca i tak osłabione już kontakty rodzinne. Drugim istotnym czynnikiem jest tak zwana kultura sukcesu, kreująca ideę idealnego rodzica, który za wszelką cenę musi zapewnić swoim dzieciom jak najlepsze wykształcenie i jak najlepszy start w dorosłość. Wraz z tą ideą pojawiły się tysiące (często samozwańczych) specjalistów, a wraz z nimi setki tysięcy recept, poradników, publikacji, programów i audycji mówiących jak żyć i co robić by być tym idealnym rodzicem, a próby realizacji tych porad i oczekiwań zaczęły wymagać od rodziców coraz więcej czasu, wysiłku, emocji i nakładów finansowych.
Prof. Mikolajczak mówi o "ironii uzyskanych rezultatów: "Jeśli za
bardzo starasz się robić to, co trzeba, w końcu zaczniesz robić to,
czego nie należy. Nadmierna presja na rodziców może doprowadzić do
wyczerpania, co może mieć druzgocący wpływ i na rodzica, i na dzieci". Do tego autorka popularnej książki "Kulturowe sprzeczności macierzyństwa", Sharon Hays pisze wprost: "państwa Zachodu weszły w erę "intensywnego rodzicielstwa", a oczekiwania tak drastycznie wzrosły, że rodzice, którzy jeszcze w
połowie XX wieku uchodziliby za dobrych, dziś wypadliby co najwyżej jako "olewający."
Co więcej, CWR zostało zdiagnozowane, zmierzone, określone, ale dokładnie tak samo jak w przypadku PTSD ciągle brak jednej dobrej recepty pozwalającej pomóc rosnącej rzeszy zestresowanych rodziców. Nie dziwi więc, że niektórzy radzą sobie na własną rękę tak jak potrafią. Jak na przykład Rada Rodziców ze szkoły podstawowej w Komornikach, która wynajęła remizę w sąsiedniej wsi i zorganizowała tam charytatywny bal karnawałowo-walentynkowy - udział w balu wzięli rodzice, którzy wcześniej wykupili bilety-cegiełki. Jednym z punktów imprezy dla dorosłych był pokaz tańca towarzyskiego, który jako atrakcję zapewnił jeden ze sponsorów balu. Jak się okazało taniec był faktycznie towarzyski, ale wykroczył chyba nieco ponad standardowe oczekiwania bywalców konkursów tanecznych, bo para tancerzy w trakcie zaczęła dodatkowo się rozbierać czyli wykonywać tak zwany striptiz. Jak twierdzą osoby czuwające nad balem, po początkowym szoku wywołanym zaskoczeniem pokaz przerwano i dalej bal odbywał się już bez podnoszących ciśnienie atrakcji. Niemniej w sieci pojawiło się już po fakcie nagranie tańczącej pary - pani w niezwykle skąpym stroju, pan zasadniczo z gołą dupą. No i zawrzało, sprawą zajęły się media przeróżne - od telewizji, przez radio aż po Internet, dyrekcja szkoły stanowczo odcięła się od odpowiedzialności, a Rada Rodziców tłumaczy się, że nie wiedziała, jak ma wyglądać docelowo taniec towarzyski. I wielkie oburzenie, że ojojoj i w ogóle i darcie szat i lament, bo przecież żadna matka tymi ustami co całuje dzieci przed wyjściem do szkoły, nie robi po godzinach nic innego, a żadna nauczycielka poza wskaźnikiem do mapy w ręku nie trzymała w życiu wacka. I żaden ojciec w garści poza kanapką zawiniętą w celofanik nie trzymał nigdy nic, a jedyna grucha o jakiej słyszał to taka do ściągania glutów z nosa u niemowlaków.
OK rozumiem, że bal szkolny. Rozumiem, że charytatywny. Ale kompletnie poza terenem szkoły, bez dzieci, co więcej nawet bez nauczycieli (i może o to ten rwetes?). Ale co z rodzicami? Im się już nie należy odrobina relaksu za ich trud codzienny? Jakaś odrobina wsparcia w ich trudzie wychowawczym, w tej pogoni za lepszym jutrem bombelków na tej społecznej równi pochyłej do wypalenia? Mała kropelka miodu w tej czarze goryczy jaką jest system edukacyjny w naszym kraju, presja społeczeństwa oraz roszczenia gówniaków? Bo co, jak się ma dzieci to trzeba sobie zaszyć, zawiązać na supełek i żyć w celibacie, aż się ostatnie dziecko na studia nie wyprowadzi do innego miasta i dopiero wtedy piguła viagry, krem nivea, zgaszone światło i pod pierzyną próba powrotu do przeszłości? W kontekście tego wszystkiego niespecjalnie już jako gościa wychowanego na wsi dziwią mnie petycje pełne zgorszenia, bo w jakimś ZOO w Polsce, jakiś osiołek, panią osiołkową bezczelnie na oczach dzieci wziął i zosiołkował tym swoim długaśnym oślim czymś... A mógł przecież poczekać, aż się ściemni i bramy ZOO zostaną zamknięte. Ale nie, bezbożnik jeden skubany musiał akurat jak wycieczka szkolna... Chwała matce naturze, że chociaż pszczoły nie robią tego gdzie popadnie, bo miód tez byłby na cenzurowanym.
Dziś na wszelki wypadek zdjęciowo będzie bez striptizu. Bo cholera wie czy jakiś rodzić tego nie będzie oglądał. Tak zwyczajnie będzie edukacyjnie, literacko o pisarzu i jego muzie. Wzniośle i uduchowienie. Czy jakoś tak... ale jakby co to ja nie wiedziałem jak ta sesją się dalej rozwinie.
K&K
Adela Photo Pathology.Kiev88/t-max400.
Stało się. W bogoojczyźnianym mieście znajdującym się bliżej nieba niż wiele innych w naszym kraju, doszło do niepokalanego zbezczeszczenia i obrazy majestatu gór i góralskiej za-dumy. W środku nocy, być może nawet po północy wzięła baba i się rozebrała. Ale nie w chałupie, nie w samochodzie, nawet nie w krzakach. Tylko olaboga centralnie na Krupówkach, na najbardziej znanej i reprezentacyjnej ulicy tatrzańskiej stolicy, gdzie za dnia biały miś chadza własnymi ścieżkami, a stragany odpustowe kuszą oscypkiem, smażoną flądrą i plastikowymi ciupagami sklejanymi małymi chińskimi rączkami, za pół dolara dziennie. Ale tam, że się rozebrała... To nic, bo przecież trzeba słusznie zdaje się założyć, że niejedna Maryna tam z gołą dupą przed swoim rozbójnikiem uciekała, lecz nie nazbyt szybko, żeby w końcu radę dogonić dał. A i niejedna Karyna po kilku piwkach rzycią dyskretnie w przykucu słowiańskim błyskała sikając w cieniu latarni, gdy jej Seba męsko ciałem własnym zasłaniał powidoki innym ucz...
Komentarze
Prześlij komentarz