Przejdź do głównej zawartości

Fast Fashion.

Modę na modę zapoczątkował oczywiście pierwszy dyktator mody czyli pan buk znany niektórym wyznawcom pod pseudonimem Wszechmocny. On to bowiem pierwszych ludzi wziął i wypędził z raju co zmusiło beztroskich biednych naturystów i amatorów cudzych jabłek do przyodziania się w pierwsze stroje. Na początku było oczywiście bardzo eko, tu listek, tam kępka traw, kawałek kory, łupina po tykwie i tym podobne. Potem niestety jak to już na tym świecie bywa pojawiło się paru leniwych, ale kreatywnych cwaniaczków z igłami i nićmi, którzy postanowili zarobić i tak narodzili się projektanci lansujący tezę, że listki platanu czy spódniczki z trzciny są już passe i w tym sezonie królować będzie futro z antylopy czy innego niedźwiedzia jaskiniowego. Tak wędrując, błądząc, klucząc i ewoluując przez wieki moda dotarła do czasów nam współczesnych, kiedy noszenie na sobie kawałka martwego zwierzaka powoli, acz w wielkich bólach odchodzi do lamusa, a w zastępstwie ubieramy się ekologiczniej i bardziej w zgodzie z naturą. A przynajmniej tak się nam wydaje, gdyż takie mniemanie jest niczym innym jak trzecią prawdą księdza Tischnera. W znakomitej bowiem większości społeczeństwo krajów tak zwanych rozwiniętych, w odróżnieniu od tych rzekomo niedorozwiniętych ulega masowym i histerycznym pułapkom rzekomej świadomej konsumpcji i niczym stado lemingów gna ku własnej zagładzie na brzeg urwiska zwanego ekologia über alles. Bryluje w tym wszystkim oczywiście najbardziej Europa. Elektryczne samochody, krowy pierdzące do rurek, nakrętki przytwierdzone na stałe do butelek, słomki papierowe rozpuszczające się po minucie w papierowym kubku coca coli, który rozpuszcza się minuta po słomce i szeroko rozumiany recycling wszystkiego co się w naszym mniemaniu do recyclingu nadaje. W tym również i jak najbardziej ubrań, które jak sądzę, do tej pory mało kto traktował czy wyobrażał sobie jako problem ekologiczny. Owszem, wielu już wie, że do wyprodukowania podkoszulki potrzeba 2700 litrów wody (przeciętna ilość wody pitnej dla jednej osoby na dwa i pół roku), a takie spodnie dżinsowe to wypiją nawet i 8000 litrów, chyba, że są czarne to i 11000, a para porządnych butów skórzanych (wybacz mi słodki borze iglasty bo to moja słabość) to nawet 15000 litrów. Ale niewielu wie, że niestety to nie koniec, a dopiero początek wielkiej globalnej przygody tekstyliów i już nawet nie chodzi mi wcale o to, że większość światowej produkcji ubrań odbywa się w odległych dla Europy krajach trzeciego świata, skąd muszą być transportowane niemałym kosztem śladu węglowego. A bardziej rzecz w tym, co się dzieje z ubraniami po ich wyprodukowaniu. Ktoś powie: no a co się ma dziać? Kupujemy, nosimy, a jak się podrze czy wyblaknie to przecież oddajemy do recyklingu bo jesteśmy jak jeden mąż i jedna żona świadomymi mieszkańcami naszej planety, dbamy o nią i chronimy z całych sił, by przyszłe pokolenia... bla.. bla... bla... i tak dalej. Primo po pierwsze do jako takiego recyklingu nadają się głównie ubrania wykonane z materiałów naturalnych: lnu, konopi, wełny, itp. A i to nie jest łatwe ze względu na guziki, wstawki metalowe, syntetyczne nici używane do szycia i tak dalej. Ale nadal pozostaje zatrważająca reszta ubrań - tanich, bo przecież kochamy kupować tanio, a skoro tanich to wykonanych z lichych materiałów jak poliester, a lichych również dlatego, że nie ma po co robić solidnych, skoro są modne tylko przez jeden sezon i to nawet często niecały, bo tak działa globalny już fast fashion. Co ciekawe - zjawisko owej tak zwanej fast mody nabrało już takiego tempa, że bardzo często te tanie ubrania wychodzą z mody zanim opuszczą przyfabryczne magazyny choćby w Chinach czy Bangladeszu, więc nowe, nieużywane ciuchy trafiają do... no nie do recyklingu tylko do śmieci niemalże prosto z taśmy produkcyjnej. Jednym z takich cmentarzysk nowych ubrań jest chilijska pustynia Atakama, gdzie rok w rok ląduje około 30 000 ton ciuchów, które miały dotrzeć do Europy i USA, ale w fazie produkcji, tuż po lub podczas transportu okazały się niemodne, a więc zbyt kłopotliwe i nieopłacalne by znalazły się w sprzedaży. Taniej wychodzi dowieźć statkiem do Chile i wywalić do wielkiej piaskownicy - skalę tego procederu doskonale obrazuje fakt, iż te składowiska są już tak duże, że widać je z kosmosu, taki wiecie nowy Wielki Mur, tylko z poliestru. Ubrania poliestrowe to mniej więcej taki sam czas rozkładu co opona czy butelki plastikowe - potrzebują około 200 lat, żeby się rozłożyć, a przecież pozostaje jeszcze kwestia farb, nici, wstawek, itp. Ostatecznie w kwestii hałd ubrań Chilijczycy doszli w końcu do tych samych wniosków co Polacy w kwestii nielegalnych składowisk śmieci - mniej zajmują miejsca jak się je przechowuje w chmurze, więc nad Atakamą unoszą się dzień i noc ciemne kłęby toksycznego dymu. Ale hałd i tak przybywa, bo przecież nad modą trzeba nadążać, choćby nie wiem jak była szybka i zmienna niczym kobieta. A to dopiero czubek góry lodowej, bo secundo czyli po drugie czy jakoś tak, lekko szacując branża modowa produkuje rocznie 100 - 150 miliardów sztuk ubrań. I spora ich część jednak trafia tam gdzie powinna czyli do sklepów, a potem do klientów, a potem do tego niby recyklingu... Niby, bo Europa zamiast zawracać sobie głowę kosztownymi rozwiązaniami odzyskiwania raz użytych materiałów do produkcji odzieży stosuje starą zasadę: co z oczu to i z serca. I by być naprawdę eko wobec samej siebie większość zebranej używanej odzieży wysyła do Afryki. Och jakie to szlachetne gotów ktoś pomyśleć. Niesłusznie bardzo. Ghana, Kenia, Nigeria, Maroko, Wybrzeże Kości Słoniowej i inne kraje Afryki są wręcz zalewane transportami używanej europejskiej głównie odzieży, z czego od razu jakieś 40% z każdej partii trafia na wysypisko (brudne, podarte, itp.). A jak podają dla przykładu dziennikarze, do samej Ghany tygodniowo trafia około 15 milionów sztuk ubrań. Ile z tego idzie na śmieci łatwo sobie policzyć. Tygodniowo. I o ile może jako mieszkańcy Starego Kontynentu możemy być lekko nieczuli na pustynny los odległej i nieprzyjaznej ( jak barman w knajpie na 5 minut przed zamknięciem) Atakamy, o tyle Afryka już nam jest bliższa, tym bardziej, że tam w myśl filozofii hakuna makata nikt specjalnie wysypisk na ubrania nie buduje. Leżą w hałdach często na plażach obmywane falami oceanów i mórz, w dżungli, na obrzeżach miast, nierzadko też płoną... a wciąż to ten sam kochany poliester. 
Martwimy się tak bardzo o wycinkę lasów deszczowych, o zanieczyszczenia z aut spalinowych, z kopalni, z latających samolotów i pływających kontenerowców. Tymczasem to właśnie branża tekstylna napędzana fast modowych wyścigiem producentów i konsumentów jest drugą po paliwowej, pod względem szkodliwości gałęzią gospodarki. Za jej przyczyną wiele rzek zostało i zostanie zatrutych ołowiem, rtęcią i arsenem (mało śmieszny żart mówi, że rzeki Bangladeszu mają aktualnie taki kolor jaki jest akurat w tym sezonie modny w H&M). Produkcja ubrań odpowiada za zużycie 20% wody na świecie i za emisję około 10% gazów cieplarnianych do atmosfery i 10% mikroplastiku w oceanach. I żeby nie było, że robię czarny piar firmie H&M, albo tylko jej: pojęcie fast fashion powstało po tym jak hiszpańska ZARA w latach 90tych ubiegłego wieku postawiła na ilość i szybkość kosztem jakości. W konkury z nią szybko stanął właśnie szwedzki H&M, brytyjski TOP SHOP i irlandzki Primark. A potem poszło już z górki i jak to się dziś mówi: za nieposkromiony konsumpcjonizm bogatej Północy czyli Europy najdrożej płaci biedne Południe czyli Afryka. 
Czy zwykły człowiek ma na to w ogóle jakiś wpływ? Oczywiście że tak, Może przecież powiedzieć hola, hola złe koncerny, nie kupuję, noszę aż się podrze, a potem... (no dobra, to jeszcze trzeba dopracować). Ale już żona może wreszcie przestać śmiać się z męża, że skarpetki, gacie czy koszulkę ma na dotarciu - wszak jedna czy dwie dziury to jeszcze nie tragedia i po domu da się dodrzeć. A mąż nie musi zaraz tam żonie wypominać, że w tej sukience to już ją widział i że tu i tam jakby materiał się skurczył i nowa potrzebna. 
No i nie oszukujmy się, branża około modowa czyli fotograficzna ma też bardzo dużo do powiedzenia i powinna stanowczo działać. Przecież ubrana modelka na sesji zdjęciowej to zupełnie niepotrzebny kaprys...

A dziś zdjęciowo właśnie eko, bez zbytniego nadmiaru zbędnych kaprysów. Moja adoptowana dawno, dawno temu w pewnej gdańskiej windzie córka Vero, uchwycona kilka dobrych lat temu (nie wiem czemu sesja ta nie ujrzała do tej pory światła w całości, ale to w sumie też forma recyklingu, że w końcu zdjęcia ujrzą światło dzienne) na przeterminowanej, ale nie wyrzuconej na wysypisko kliszy ORWO - bo oczywiście nie wyrzucamy jak się coś jeszcze może przydać. 

















Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Majtki wyklęte.

 Jest taki stary dowcip, mówiący o tym, że kiedyś, żeby zobaczyć kobiece pośladki należało rozchylić majtki, a dziś, żeby zobaczyć majtki, należy rozchylić pośladki.  Natenczas właśnie , dzięki impulsowi słownemu od Pani Zofii przedstawię w miarę zwięźle historię damskich majtek. Historię teoretycznie długą jak pantalony, ale tak naprawdę jeśli chodzi o przedział czasowy to skąpą jak stringi. Wydawać by się bowiem mogło, że kobieca bielizna jest czymś tak oczywistym i naturalnym, że na pewno pierwsze majtki założyła Ewa zaraz po wygnaniu z raju i jedyne co jest w tej historii niejasne to tylko to jakiej były firmy. Tymczasem jak się okazuje nic bardziej mylnego, przez wiele, wiele wieków gacie jako okrycie intymnej części ciała były czymś zarezerwowanym tylko i wyłącznie dla mężczyzn. Taki na przykład żyjący 5300 lat temu na terenach dzisiejszego Tyrolu słynny człowiek lodu Ötzi, oprócz wierzchniej odzieży miał na sobie specjalną skórzaną przepaskę chroniącą genitalia. W XIII ...

Tyci, tyci.

Podobno ludzki organizm rośnie średnio do 20 roku życia. Potem mówi pas, koniec, wyżej nie da rady, ale kurcze zobacz ile mamy miejsca jeszcze po bokach. I żeby nie było, że to tylko dowcip to ostatnimi laty naukowcy z rożnych krajów (w tym również i Polski) postanowili zająć się kwestią otyłości i to otyłości szczególnej bo tej dotykającej żonatych mężczyzn. No i wyszło im czarno na białym, że tyją oni częściej, szybciej i w większej ilości niż ich nieżonaci rówieśnicy. Co jasno dowodzi kto jest bezsprzecznie winien temu, że faceci po ślubie grubieją. A wszystko się zaczęło oczywiście od Ewy, która sama zeżarła całe jabłko i biedny Adam musiał zjeść tłustego węża i potem nie mógł przejść przez ucho igielne i tak wylądował poza rajem, gdzie Ewa ujrzała jego nagość, której on sam wcześniej nie dostrzegał z powodu zaawansowanej lustrzycy, a jak wiadomo luster jeszcze wtedy u bogu nie było. Czy jakoś tak to szło, dokładnie już nie pamiętam, bo na religię przestałem chodzić dosyć wcześnie ...

Zombie.

Kiedyś (w tym wypadku słowo kiedyś oznacza jakieś dwadzieścia pięć lat wstecz) obejrzałem kilka filmów o zombie i dałem sobie spokój z kolejnymi. Czemu? Bo były do znudzenia powtarzalne. Nagła zaraza, epidemia, hordy żywych trupów, garstka niezarażonych i nieustająca zabawa w kotka i myszkę z tymi co mają mózg i tymi co chcą go zjeść. Strzelby, siekiery, piły łańcuchowe... zieeeew. Czyli nuda. Flaki (najczęściej dużo flaków) z olejem. Dlatego szerokim łukiem omijałem ten gatunek i poza dwoma wyjątkami nadal omijam. Pierwszym wyjątkiem był Zombieland. Rzec by można lekka i przyjemna komedyjka o zombie, dodatkowo z dwójką aktorów, których lubię, czyli Bill Murray grający samego siebie i Woody Harrelson. Drugim filmem, który mi się spodobał (ale to raczej ze względu na robiące wrażenie kadry i ujęcia) był/jest: Jestem legendą. Z Willem Smithem. Reszta jakoś mi nie podchodzi i już. I chyba dobrze, bo jak pokazało życie, nasze ludzkie wyobrażenia o zombie szerokim łukiem rozmijają się z rze...