Tak już na koniec roku, patykiem po mapie, czyli wyprawy niedalekie i bliskie. Niedalekie bo tuż "nad" Łódź, tuż nad Zgierz, a spod mojego domu nową autostradą to raptem godzinka jazdy z naruszeniem przepisów o ograniczeniu prędkości. A bliskie bo od lat wielu pojawia się tam grupa ludzi wśród których co prawda nie można ani na chwilę stracić czujności bo zrobią Ci głupie zdjęcie, ale można się z nimi wyluzować, napić paliwa rakietowego i innych destylatów, o których pochodzenie lepiej nie pytać, pogadać przy ognisku do rana, przypalając sobie kiełbaskę, a z niektórymi nawet można się przytulić i nie być posądzonym o zachowania erotyczne. Miejsce mi szczególnie bliskie bo tam właśnie rozpoczął się mój związek ze średnim formatem, a wyjaśnić muszę, że większość uczestników tych spotkań to fanatycy fotografii tradycyjnej, wyjadacze ciemni fotograficznych i posiadacze zapasów chemii większych niż znaleziono po pokonaniu reżimu Saddama Husajna. Nie sposób tu nie wspomnieć o Matc...
Fotografia niepotrzebna.