piątek, 18 sierpnia 2017

Lato leśnych ludzi.

Ależ nic podobnego. Nie mam najmniejszego zamiaru streszczać wam książki Marii Rodziewiczówny pod owym ciut enigmatycznym tytułem czyli Lato leśnych ludzi. Choć o ile pamięć mnie nie zawodzi książkę ową będąc nastolatkiem jeszcze początkującym przeczytałem z przyjemnością. Niemniej nie o owej książce być miało. Ani o polityce też nie będzie. Bo w polityce jak to podczas wakacji nudy. No może pomijając ostatnie obchody święta Wojska Polskiego. Misiu nie został generałem, a Adrian, będący najwyższym zwierzchnikiem tego burdelu jaki Antoś ujeżdża całym sobą, zauważył słusznie, że wojsko Rzeczypospolitej to nie prywatne wojsko. Poza tym nuda. Sezon ogórkowy. A właściwie grzybowy. Bo lasy przynajmniej moje sypią pieprznikiem jadalnym jak rzadko kiedy. Pieprznikiem czyli popularną kurką. Pewnie gdyby moja babcia żyła to by skwitowała, że w 1939 też takie lato było i kurek tyle w lesie. No, ale ponoć wojna z Niemcami ponoć nierychła mimo gulgotania prawicy o odszkodowaniach za okupację, więc skupić się grzybach postanowiłem bardziej. Żeby było potem na wszelki wypadek czym w ziemiance wykopanej w lesie zakąszać bimber. Wybrałem się więc na grzyby. To znaczy na kurki. Świadom, że w podwarszawskich lasach tego roku po mokrej wiośnie komar mocno występuje postanowiłem bydlęta owe przechytrzyć. Długie spodnie, wysokie buty, bluza z kapturem i poszły konie po betonie czyli polazłem w las. Przy 32 stopniach ciepła i nieruchomym powietrzu pod koronami kampinoskich sosen strój mój już po 10 minutach okazał się fitness, czyli dowiedziałem się jak się czuje kurczak wolno pieczony. Spłynąłem własnym potem na bogato. Do tego komary, zupełnie zapewne nieświadome, że mam na sobie strój ochronny poczęły mnie żreć. Jak się tylko dało i gdzie się tylko dało. Każde schylenie się po grzyb owocowało chórem iiiii...iiiii...iiiii wokół głowy i nie tylko. Na nic grube spodnie, na nic bluza. Wszak skoro spod ubrania wystaje paznokieć to można ów paznokieć ujebać. A skoro w butach są oczka na sznurówkę, to przez oczko też da się ujebać. A jak się kuca czy schyla to przecież na dupie napięte spodnie są dla komara jak lotniskowiec dla samolotu pośrodku oceanu. Trzeba tam wylądować i ujebać. Jedynym pocieszeniem było i jest to, że las dzisiaj był łaskawy - widocznie większość osób zrezygnowała z grzybów z powodu niesprzyjających warunków. Podsumowując: dwie godziny spaceru po lesie, jakieś 100 ukąszeń komarów, prawie trzy kilo zebranej kurki, około czterdziestu pajęczyn zgarniętych sobą (głównie twarzą) oraz 2 litry wypoconego mojego jestestwa wyciśnięte po powrocie z mojego ubrania. Ale będzie wkrótce pyszna grzybowa. I na omlet z kurkami wystarczy. I... a jeszcze nie wiem co więcej.

Tak czy siak piątek nie okazał się zły. W związku z czym wiedząc, że sporo osób nie zagląda na mojego bloga, żeby poczytać, bo nudzę będzie tradycyjna sesja zdjęciowa. Dla ochłody tym razem nadmorska. Nadmorska po naszemu, czyli wykonana nad magicznym morzem, które jak mało które działa odmładzająco na mężczyzn. Każdy facet bowiem wychodząc z Bałtyku ma genitalia jak niemowlę.
Przedstawiam Olę z która udało się szybko i bezboleśnie wykonać poniższe zdjęcia.













środa, 9 sierpnia 2017

Przegląd Gdyni.

Odpoczywam sobie w Gdyni. To znaczy tak się to nazywa. Bo jaki to odpoczynek, jak nie dość, że z dziećmi to z żoną na dokładkę. Wypoczynek z rodziną (głównie z dziećmi) polega na tym, że albo muszę być z nimi na plaży (jak ja kocham piasek i zapach glonów z Bałtyku) albo aktywnie zwiedzać nieliczne atrakcje okoliczne. W pocie czoła więc albo szukam cienia na plażach miejsko podmiejskich, albo przepycham się przez wielokulturowy tłum w ramach: jestem to przecież zaliczyć muszę. Było już więc zwiedzanie Błyskawicy (Marian kurwa, myślałam, że on większy! Heniek patrz jaka lufa, jakbyś ty taką miał... Pilnuj Brajanka bo się do wody wyjebie!), była też plaża miejska (no bo wiesz Jolka, ja temu chujowi nie daruję, z tą szmatą mnie zdradził! Mamo, mamo, a kiedy pójdziemy na lody? - Zamknij w końcu ryj gówniarzu! Tomek chuju, to piwo jest ciepłe!), był też obowiązkowy punkt programu czyli "tawerna" ze smażoną rybą i frytkami (ryba jak ryba, ale piwo zajebiście zimne! Kierowniku, poratuj złotówką do piwa. Przez te oczy te oczy zielone oszalałeeeem!). Nadeszła też nieuchronnie długo odwlekana chwila, czyli wizyta w Gdyńskim Akwarium. Początek był nawet zabawny, trochę taki barejowski. Para przed nami nie mogła wejść do Akwarium przez tak zwaną bramkę blokowaną przez panią bileterkę, bo wykupili bilet rodzinny 2+1 (dwójka dorosłych, plus jedno dziecko). Ale pech chciał, że tata na ręku miał dziecko jeszcze jedno, tak na oko dwuletnie. I zaczyna się:
- A bilet dla tego małego?
- Jaki bilet, przecież dzieci do 4 lat wchodzą za darmo!
- Za darmo, ale bilet mieć muszą.
- Ale po co? Przecież wnoszę go na moich rękach?
- Panie! Tu chodzi o statystykę odwiedzających! Bilet musi być! Nawet jak za darmo!
Pan chcąc nie chcąc musiał wrócić do kasy, żeby za zero złotych kupić bilet dla dziecka, które w myśl regulaminu wejście ma za darmo. W środku za to było klasycznie już, turystycznie nadmorsko. Jakieś dziecko napieprza pięściami z całej siły w szybę dobre 3 minuty, próbując leniwą rybę zmusić do reakcji. W tym czasie jego mama fotografuje telefonem rozgwiazdy. Dzieci z wycieczki (żółte chusty fantazyjnie zawiązane na głowach) nie zważając na kierunek zwiedzania rozbiegły się po Akwarium niczym karaluchy po pierwszej dawce oprysku owadobójczego, trochę starszy nieco inteligentny młodzian szepcze do mnie: suń się pan, ja tu dziewczynie o piraniach opowiadam. A przede mną osobnik jeszcze starszy z ledwo co kupionym canonem (nie zdarł jeszcze folii z wyświetlacza) i na pewno przyciemnym obiektywem przy każdym akwarium tamuje ruch próbując zrobić artystyczne zdjęcie swojego życia (moja pierwsza myśl: w google sobie kurna wpisz nazwę to Ci 100 razy lepsze foty wyskoczą). Na samym końcu obowiązkowy punkt programu czyli stragany z pamiątkami (muszelki, bąbelki, mydło i powidło) nachalnie reklamowane przez dosyć obrotne panie.

W końcu wyjście! Wielka ulga. Ale nie na długo. Tato! Tato! Chodźmy na pomost poskakać do morza. Dobrze, chodźmy, mimo, iż z pomostu skakać wedle tabliczek nie można. Ale można wszak przymknąć oczy i wziąć przykład z miejscowych nastolatków, którzy z zakazów nic sobie nie robią. I jeśli lekko też przymknąć uszy (żeby słabiej dolatywały chuje, pojeby i kurwy) to nawet godni są naśladowania. Bo w przeciwieństwie do większości swoich rówieśników spędzających wakacje z rodzicami są szczupli (zamiast frytek co krok i lodów i czekolady pitnej zagryzana w biegu bułka), biegają, zmagają się ze sobą, spychają do wody nie bojąc się, że się spocą czy pobrudzą i ewidentnie dobrze się bawią. Na szczęście moje dzieci puszczone prawie samopas (jedno oko czuwało) na ów pomost, niespecjalnie się wyróżniały. Podrapane, brudne, chude i szczęśliwe. Mimo "wczasów" z rodzicami.
p.s.
Dzięki wielkie dla Vero i Sławka ;)
p.s.2
W ramach okrasy sesja bardzo krótka, ale bardzo sportowa (sport to zdrowie!) i bardzo związana z wodą.






Dr EjAj.

 Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, kiedy byłem jeszcze młodym chłopcem w okresie dojrzewania (żona złośliwie twi...