Wczoraj Andrzej w końcu wyszedł spod łóżka i powiedział: hola, hola zły człowieku. Może nie dosłownie, może nie wprost. Ale powiedział. I sypnął piaskiem w wirujące w zawrotnym tempie tryby pislamu. Zgrzytnęło, jęknęło, para zamiast buch - koła w ruch, to poszła w gwizdek i stanęło. Iskry się jeszcze co prawda nie posypały bo cała partia rządząca wciąż nie może uwierzyć, że to nie żart. Że to nie kolejny sprytny ruch na polecenie naczelnika. Że Jędruś się tak naprawdę nie zerwał z łańcucha. Entuzjaści się radują zmianą zachowania prezydenta nazywanego zazwyczaj Dudapisem, sceptycy jakby trochę mniej, nie bez podstaw doszukując się jednak w tym wszystkim podstępu, niemniej się stało, mleko zostało wylane. Będąc zarówno entuzjastą jak i sceptykiem zadaję proste pytanie: czego się tak wystraszył Andrzej, że przełamał strach wobec swojego wodza? Argument o tym, że będąc prawnikiem nie mógł podpisać takiego bubla mnie bowiem nie przekonuje, gorsze buble bez mrugnięcia okiem po ciemku pod...
Fotografia niepotrzebna.