Zima Ci wszystko wybaczy.

Bo jak przychodzi zima, to wiadomo, lekko nie ma. Minus 15 i pełny paraliż. Strach z domu wyjść, czasami nawet z łóżka. A ci co muszą? Heroicznie wychodzą. Choć przyznać muszę, mając jako takie wspomnienia z czasów zim poważniejszych, że współcześnie społeczeństwo większe zimie okazuje lekceważenie. Kiedyś to i czapki z nausznikami były i wełniane rękawice i ubieranie się na cebulkę. Dziś raczej głowy odkryte, rękawiczki na tyle cienkie, żeby karty płatniczej z niej nie upuścić, a z cebuli to tylko kolor rajstop czasami mignie spod kusej spódniczki. I nie ma co się dziwić. Kiedyś na autobus na przystanku można było czekać i godzinę, bo nie dość, że nie przyjechał to jeszcze nie było wiadomo który z kolei. Koleje się nawet spóźniały bo tory kiedyś były bardziej marznące. No i aut tyle nie było i garaży podziemnych, w których się do ciepłego autka wskakiwało w lakierkach i za czas jakiś w firmie w podobnych warunkach wysiadało. Zamiera więc w narodzie tradycja walki z mrozami, co wydaje się procesem naturalnym, bo jak nawet się zimne dni pojawiają to tylko na chwilę. Jedno się tylko nie zmieniło mimo postępu technologii i cywilizacji. Działanie instytucji i ludzi odpowiedzialnych za utrzymanie ulic i chodników. Jak sypnie nagle z zasadzki śniegiem, mrozem ściśnie, zawsze ślizgawka. Jedzie taki jeden z drugim autem po niby czarnym asfalcie, idzie taka jedna z drugą po niby czystym chodniku. I nagle poślizg! I blacha do klepania albo łokieć w gips. Podobna przygoda spotkała też i mnie. Idąc po własnym podwórku (tak, na Mazowszu wychodzimy przez drzwi na podwórko, w kilku innych rejonach Polski na pole, ale to temat na inną dyskusję) wpadłem w poślizg. Podeszwowy. Dokładnie rzecz ujmując nogi mi się rozjechać chciały, ale przecież facetem jestem! Szpagatu nie zrobię choćbym chciał! Siłą woli, podparciem i staropolskim zaklęciem utrzymałem się. Ponieważ to zaklęcie (dosyć popularne w wielu kręgach) brzmiało "kurwa" to po odzyskaniu równowagi rozejrzałem się dyskretnie, że niby to nie ja. No, ale bądźmy szczerzy, o szóstej rano w ciemny jeszcze i zimowy poranek kto prócz łosia za płotem obok  i kruków nade mną mógł mnie usłyszeć i zgorszyć się? Nikt, po prostu nikt i to jest piękne kiedy żyje się na odludziu, jak dawniej żyli nasi przodkowie. W dniu tym samym, później sporo z ciekawości sprawdziłem, czy owi przodkowie będąc w podobnej sytuacji wzywali imienia Światowida, Boga, jego świętych niebieskich czy też klęli? I wiecie co? Zdecydowanie klęli. Okazuje się bowiem, że jeśli najstarszym zawodem świata jest prostytutka, drugim prawnik to na pewno pierwszy pozew sądowy był o słowo kurwa. Co prawda znawcy wulgaryzmów do dziś się spierają czy owo słowo pochodzi z romańskiego (curva - zakręt) i oznacza kobietę będącą na zakręcie życia czy też pochodzi z greckiego (kurios - silny pan) i tylko z czasem ewoluowało stając się synonimem kobiety lekkich obyczajów. Żeby było śmieszniej w staropolszczyźnie słowo kobieta było również obraźliwe, znaczyło bowiem to samo co kobyła. Za to dziwka było dosyć powszechnym określeniem młodego dziewczęcia czy własnej córki. Oprócz nazywania płci pięknej kobyłami - kobietami używano wielu innych bardzo obrazowych i obraźliwych sformułowań jak chociażby szwajcarska krowa, przewalona kaczyca, ożralicha, a dosadniej klępa, suka, małpa czy przechodka. Nie dotyczyło to tylko niewiast oczywiście. Nazwanie mężczyzny wylęgańcem, bajtrukiem, błędnym dzieciem lub pokrzywnikiem było równoznaczne bardzo obraźliwemu (i karanemu swojego czasu wysoką grzywną) słowu skurwysyn, które to zresztą powstało ze skrócenia zwrotu kurwi macierzy syn. Szelma, psiarz, świniarz, tłuk miały już ponoć lżejszy kaliber obrazy, ale np. wśród szlachty wysoce obraźliwym słowem (bo negującym szlacheckie pochodzenie) był cham. Używano też jak dziś słów związanych z anatomią męską i kobiecą. Od sromu (pochwa) mamy więc sromotną porażkę, wielki wstyd. Od kutasa (onegdaj ozdobny wisior u pasa szlacheckiego lub frędzel ozdobny przy trzewiku) mamy bezrozumnego niczym penis osobnika. Ale też dla odmiany nie unośmy się słysząc słowo "ruchać", bo nawet w Biblii zwierzęta się ruchały w raju. I to wcale nie w ramach powiększania populacji. Ruchanie oznaczało bowiem kiedyś poruszanie się, czyli tak modny dziś jogging, nordic walking, czy pospolite bieganie po parku. Można też w dzisiejszych czasach wiele usłyszeć o słowach rugowanych z polszczyzny, bo będących rzekomo obraźliwymi dla reszty świata i nie będących zgodnymi z europejskimi zasadami równości i nietolerancji dla nacjonalizmu czy rasizmu (choćby wyraz Murzyn na siłę zastępowany Afroamerykaninem). No to weźmy się może też za wielce obraźliwe w dawnych czasach słowa jak Niemiec, Mazur, Polak, czeski/cygański mieszkaniec czy wręcz wygnaniec. Co w zamian? Eurogermanin/mazur/polak, Euroczechomieszkaniec czy Indocyganpobytujący?
Kończąc te moje związane z niespodziewanym zimowym poślizgiem dywagacje pragnę jeszcze stanąć w obronie ukochanego przeze mnie słowa dupa i wszystkim co je tępią powiedzieć, że na drodze nieraz się musieliście na dupie potknąć i doznać uszczerbku na głowie. Bo dupa kiedyś oznaczało tyle samo co dziś dziura. Czemu ten zwrot tak ewoluował... pozostawię waszej domyślności.
Na koniec dla niepiśmiennych parę obrazków. Tyle o ile związanych z tematem, że kiedy powstawały zdjęcia było kurwa bardzo zimno. Bo nie dość koniec listopada, to jeszcze wiało niemiłosiernie nad Bzurą. Aż mi ręce od aparatu marzły.









Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zombie.

Szecherezada.

Lech, Czech i Rus.