Hu! Hu! Ha!

Nie, nie, nie. Nie piszę absolutnie nic o tym co myślę o polskiej polityce i nie przemycam w związku z tym wcale w tytule żadnych kryptowulgaryzmów. Bo dziś o polityce nie będzie w ogóle nic. Bo nie chcę przeklinać. Będzie za to o zimie. Tytułowe "Hu! Hu! Ha!" to nic innego jak początek wiersza Marii Konopnickiej p.t. Zima zła, przerobionego później na popularną zwłaszcza w przedszkolach piosenkę. Kto pamięta ten dziad (i baba) stary. Bo moje dzieci melodię tę z okresu edukacji wczesnoprzedszkolnej pamiętają już jedynie przez mgłę, jak zresztą resztę abstrakcyjnych melodii typu "My jesteśmy krasnoludki" czy "Biedroneczki są w kropeczki". Chociaż nie, Biedroneczki pamiętają. Bo je latem często widują dzięki temu, że mieszkamy z dala od obszarów intensywnie użytkowanych rolniczo, co oznacza brak szkodliwych dla świata owadów oprysków. Za to zimy ni czorta nie widują. Jakieś tam jej popłuczyny czasami się nawet trafią, sypnie z 5 centymetrów i dzień, dwa poleży, czasami mróz przyjdzie na tydzień srogi (minus 10). Ale moje opowieści o korytarzach wykopywanych w śniegu z których wystawał mi tylko pomponik od czapki, historie o budowanych igloo w których się mieściliśmy w pięciu, czy o mrozie minus trzydzieści traktują jak bajki o krasnoludkach właśnie. Z jednej strony się nawet cieszę. Bo zawsze uważałem, że zima to takie coś co powinno się jeździć oglądać w górach. Masz chęć co rano odśnieżać auto? Walczyć o życie przy każdym kroku spacerując po oblodzonym chodniku? Odmrozić sobie nos, albo tyłek? Pojeździć na nartach czy sankach? Jedź w góry, twoja zima już tam na ciebie czeka. A na nizinach wystarczy jak jest jesień. Szkoda, że nie zawsze złota, ale nie można mieć chyba wszystkiego. I na ogrzewaniu człowiek zaoszczędzi. I z dzikami się nie będzie musiał pod bramą przepychać, kiedy przyjdą w śniegu za żołędziami ryć. Ani łosi ganiać jak zaczną mordy przez płot przekładać i leszczynę z kory obgryzać. Sikorkom się jeszcze z rozpędu słoninę powiesi i ziaren sypnie, ale w stawie przerębla rybom też już codziennie kuć nie trzeba. I jak do cywilizowanego miasta (n.p. do stolicy) się przyjdzie wybrać to nie trzeba czekać, aż się drogowcy obudzą i solarką przemkną przez ulice świtem czyli około dziewiątej.

I taka zima na nizinach nie jest zła. I jakby ktoś patrząc na aurę na zewnątrz ją przeoczył to właśnie się dziś 21 grudnia zaczyna. Ta astronomiczna, wyznaczająca także najkrótszy dzień w roku czyli przesilenie zimowe. Dawno, dawno temu, kiedy na dzisiejszych ziemiach należących do Polski mieszkali nasi niekatoliccy jeszcze przodkowie, czyli Słowianie Zachodni i Wschodni właśnie w ten szczególny dzień kolędowano obchodząc Święto Godów. Tamtejsza kolęda z dzisiejszą ma jak najbardziej dużo wspólnego (choć łączy tak naprawdę w sobie dwa dzisiejsze święta), bo wiele pogańskich obyczajów zostało przez katolicyzm zaadaptowanych w celu złagodzenia przymusowej chrystianizacji i powolnego wygaszania wiary przodków zastępowanej nową. Święto Godów rozpoczynano najpierw na cmentarzach, paląc ogniska, ucztując i wspominając zmarłych przodków, potem dopiero biesiadę przenosząc do domów, gdzie śpiewano radosne pieśni i obdarowywano dzieci upominkami w postaci suszonych owoców, orzechów czy placków uformowanych na kształt zwierząt i lalek zwanych szczodrakami. Czyli obdarowywano je szczodrze. W zależności od rejonu w kącie domostwa stawiano diducha, czyli snopek zboża obwieszony ozdobami w postaci owoców, lub wieszano w oknie podłaźniczkę - gałąź świerku czy jodły - udekorowaną podobnie, co miało w każdym przypadku zapewnić urodzaj plonów i szczęście w nowym nadchodzącym roku (choinka, bez której dziś nikt sobie nie wyobraża najbliższych świąt dotarła do nas dopiero na przełomie wieku osiemnastego i dziewiętnastego). Stół do uczty zaś wyściełano sianem, co miało zapewnić przychylność boga pól Rgieła (a może tak naprawdę chodziło o utrzymanie porządku sprytnym gospodyniom) i także ta tradycja dotrwała do dziś, choć współcześnie bardziej symboliką jest związana z mało aromatyczną zazwyczaj stajnią, a nie polami i łąkami pachnącymi kwieciem i zbożem.

Gdyby jednak komuś nie odpowiadało świętowanie pierwszego dnia zimy, czy starosłowiańskie skrzyżowanie wigilii z zaduszkami to zawsze może jeszcze świętować Dzień Pamięci o Poległych na Misjach (nie wiem tylko czy poległych misjonarzy czy ich ofiar), albo Międzynarodowy Dzień Pozdrawiania Brunetek, co niniejszym czynię. Albo może obchodzić jeszcze fajniejsze święto czyli Dzień Orgazmu. Tylko bez wymówek, że nie ma z kim, że w pracy nie wypada, że jeszcze trzeba śledzia na sobotę kupić. Dla chcącego nic trudnego, do roboty więc. Tym bardziej, że naukowcy bardzo ściśle wiążą większą ilość orgazmów z dłuższym życiem (i to jakim). I żeby nikogo nie pominąć (czyli tych co czytać nie lubią) kilka obrazków na koniec. Luźno związanych z ostatnim świętem. Bo jak się chce to można, a nawet trzeba. W końcu to nasze życie.












Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zombie.

Szecherezada.

Lech, Czech i Rus.