Przejdź do głównej zawartości

Ostateczny krach systemu edukacji.

Stało się nieuniknione. Właśnie dorosło pokolenie wychowane w kokonach nadopiekuńczości rodzicielskiej i kryzysie szeroko rozumianej państwowej edukacji. Dyslektycy, dysgraficy, dysortograficy i dyskalkulicy. I cała ta reszta tych leniwych dys-pierdół życiowych. Żeby było jasne. Nie mam nic absolutnie do ludzi, którzy z wielu zupełnie niezależnych od siebie przyczyn fabrycznie posiadają wady skutecznie uniemożliwiające im pojęcie podstawowych zasad pisowni ó. Czy ż. Czy też do tych co dodając dwa do dwóch zawsze otrzymują liczbę inną niż cztery. Bo tych (mając w pamięci słowa Pabla Picassa o działaniu 2+2) nawet podziwiam i trochę im zazdroszczę ich artystycznej duszy. Ba, znam nawet kilkoro dys i wiem ile lat ciężkiej pracy włożyli w to, żeby swoje wady skorygować i przełamać własną niemoc. Jeśli piszę o dys-pierdołach to chodzi mi o tą całą całkiem liczną grupę cwaniaczków "wychowanych" przez trzęsące się mamusie, wiecznie nieobecnych ojców, zastraszonych nauczycieli i leniwych dyrektorów szkół. Chodzi mi dokładnie o tych, którym jak nie szło w szkole, to od razu wszyscy pospołu chcąc mieć święty spokój wysyłali ich do dys-specjalisty, który pijany szczęściem, że wreszcie jego zawód jest doceniany lekką rączką rozdawał dys-zaświadczenia. Ma problem z czytaniem? Dyslektyk! Nie idzie mu w ogóle pisanie ręczne? Dysgrafik! Robi byki? Dysortografik! Nie idzie mu z matmy? No dyskalkulik jak nic!
Nie będę pisał "za moich czasów...". Bo przecież każdy wie jak było. Jak się robiło byki to dostawało się dwóję. Jak była dwója to był raz w miesiącu pasek na dupę od ojca. Potem co obrotniejsze matki goniły pociechy do... czytania! Bo nic tak nie pomaga na byki, błędy, problemy z pisaniem jak chłonięcie wzrokiem słowa pisanego i to pisanego prawidłowo. Oczywiście zawsze zdarzały się jednostki odporne na zabiegi wszelakie łącznie z czerwonym paskiem na dupie, a nie na świadectwie. Po zazwyczaj dłuższym okresie i wnikliwej analizie raczkujących psychologów szkolnych taki delikwent lądował w szkole specjalnej, gdzie mniej lub bardziej starano mu się pomóc, ale na pewno nie utrudniano mu ukończenia szkoły, często starając się ukierunkować ucznia na pracę zawodową. Jak mawiał onegdaj mój wychowawca z podstawówki pan Antonii: nie każdy się musi uczyć, do pracy w hucie (ówczesna Huta Warszawa, główny pracodawca w mojej okolicy) też potrzeba ludzi.  Dziś taki numer nie przejdzie. W ogólnym mniemaniu szkoły specjalne są dla upośledzonych, a specjaliści rozdający dys-zaświadczenia są po to by je rozdawać, bo przecież nie można Romusia czy Halinki wykluczać z "normalnej" szkoły tylko dlatego, że jest "chora". Doprowadziło to do sytuacji, że Romuś nie musi jak jego równieśnicy żmudnie poznawać zasad pisowni słowa gżegżółka, czytać o chrząszczu co w Szczebrzeszynie brzmi w trzcinie tylko może cały dzień zacinać w grę na play station, a Halinka może mieć głęboko w nosie wzory na obliczanie pola powierzchni równoległoboku czy trójkąta, dzięki czemu ma czas na dyskutowanie z podobnymi jej koleżankami o tym, czy róż biskupi jest fajniejszy niż malinowy. Wielu nauczycielom, rodzicom taka sytuacja odpowiada, papier jest, kłopot z głowy.  Potem się zobaczy. Oczywiście wielu z tych pseudo-dys w życiu radzi sobie dobrze. Tata da pracę w swojej firmie, mama coś tam ugotuje i w słoiku da na później. A jak nie to na budowach ciągle poszukują ludzi do pracy i płacą całkiem nieźle. Problem się zaczyna kiedy dys-pierdoła ma ambicje. Choćby takie prozaiczne jak wypowiadanie się na portalu społecznościowym na różne tematy. Zwróćcie takiemu uwagę. Ooooo... zniewaga jakbyście co najmniej w środkowym Iranie w meczecie świnię z torby wyjęli. On ma papier, on ma zaświadczenia, on ma prawo, on może, on inaczej nie umie. Nie wiedzieć tylko czemu, kiedy jednemu z drugim, trzeciej z czwartą napisać, że przecież dziś każdy edytor tekstu sam podkreśla błędy na czerwono i trzeba być idiotą, żeby tego nie widzieć i jeszcze większym, żeby tego nie chcieć poprawić to milkną...

Dla wszystkich co przynajmniej starali się w życiu pokonać skuwkę, karboksymetylocelulozę, grzdwę, zżymanie, dżdżystość, sowizdrzała czy kszyka mała nagroda ode mnie (zauważcie, że ode mnie piszemy oddzielnie). Cztery samozwańcze polonistko wuefistki, bo każda z nich mówiła wziąć i każda dzielnie maszerowała w poszukiwaniu sklepu z odzieżą ;)


















Komentarze

  1. Bardzo fajnie napisane a dziewczyny super! (;

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że jednak jesteś dotknięty rodzajem afazji semantycznej charakteryzującej się trudnościami w rozumieniu złożonych gramatycznie form
    wypowiedzi i masz jednak trudności ze zrozumieniem sensu całości wypowiedzi.
    Nie wiem czy jest to wyleczalne ale mam nadzieję, że nie stanowisz zagrożenia dla innych...:(

    OdpowiedzUsuń
  3. Ottime foto complimenti
    Morris

    OdpowiedzUsuń
  4. Blog wspaniały. Ma jedną malutką wadę - nie wiadomo na czym bardziej się skoncentrować- słowie czy obrazie. Za moich odległych młodzieńczych lat zawsze mówiło się trzy Gracje. Edukacja nawet już nie leży. Jej już niema. Ale postęp jednak jest. Ilość Gracji ostatnio wzrosła o pana 33%. W mojej młodości przywódcy mawiali:"trynd jes słuszny". Pozdrawia z Wielkim szacunkiem kształcony przez dawnych Wspaniałych Belfrów.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Majtki wyklęte.

 Jest taki stary dowcip, mówiący o tym, że kiedyś, żeby zobaczyć kobiece pośladki należało rozchylić majtki, a dziś, żeby zobaczyć majtki, należy rozchylić pośladki.  Natenczas właśnie , dzięki impulsowi słownemu od Pani Zofii przedstawię w miarę zwięźle historię damskich majtek. Historię teoretycznie długą jak pantalony, ale tak naprawdę jeśli chodzi o przedział czasowy to skąpą jak stringi. Wydawać by się bowiem mogło, że kobieca bielizna jest czymś tak oczywistym i naturalnym, że na pewno pierwsze majtki założyła Ewa zaraz po wygnaniu z raju i jedyne co jest w tej historii niejasne to tylko to jakiej były firmy. Tymczasem jak się okazuje nic bardziej mylnego, przez wiele, wiele wieków gacie jako okrycie intymnej części ciała były czymś zarezerwowanym tylko i wyłącznie dla mężczyzn. Taki na przykład żyjący 5300 lat temu na terenach dzisiejszego Tyrolu słynny człowiek lodu Ötzi, oprócz wierzchniej odzieży miał na sobie specjalną skórzaną przepaskę chroniącą genitalia. W XIII ...

Tyci, tyci.

Podobno ludzki organizm rośnie średnio do 20 roku życia. Potem mówi pas, koniec, wyżej nie da rady, ale kurcze zobacz ile mamy miejsca jeszcze po bokach. I żeby nie było, że to tylko dowcip to ostatnimi laty naukowcy z rożnych krajów (w tym również i Polski) postanowili zająć się kwestią otyłości i to otyłości szczególnej bo tej dotykającej żonatych mężczyzn. No i wyszło im czarno na białym, że tyją oni częściej, szybciej i w większej ilości niż ich nieżonaci rówieśnicy. Co jasno dowodzi kto jest bezsprzecznie winien temu, że faceci po ślubie grubieją. A wszystko się zaczęło oczywiście od Ewy, która sama zeżarła całe jabłko i biedny Adam musiał zjeść tłustego węża i potem nie mógł przejść przez ucho igielne i tak wylądował poza rajem, gdzie Ewa ujrzała jego nagość, której on sam wcześniej nie dostrzegał z powodu zaawansowanej lustrzycy, a jak wiadomo luster jeszcze wtedy u bogu nie było. Czy jakoś tak to szło, dokładnie już nie pamiętam, bo na religię przestałem chodzić dosyć wcześnie ...

Zombie.

Kiedyś (w tym wypadku słowo kiedyś oznacza jakieś dwadzieścia pięć lat wstecz) obejrzałem kilka filmów o zombie i dałem sobie spokój z kolejnymi. Czemu? Bo były do znudzenia powtarzalne. Nagła zaraza, epidemia, hordy żywych trupów, garstka niezarażonych i nieustająca zabawa w kotka i myszkę z tymi co mają mózg i tymi co chcą go zjeść. Strzelby, siekiery, piły łańcuchowe... zieeeew. Czyli nuda. Flaki (najczęściej dużo flaków) z olejem. Dlatego szerokim łukiem omijałem ten gatunek i poza dwoma wyjątkami nadal omijam. Pierwszym wyjątkiem był Zombieland. Rzec by można lekka i przyjemna komedyjka o zombie, dodatkowo z dwójką aktorów, których lubię, czyli Bill Murray grający samego siebie i Woody Harrelson. Drugim filmem, który mi się spodobał (ale to raczej ze względu na robiące wrażenie kadry i ujęcia) był/jest: Jestem legendą. Z Willem Smithem. Reszta jakoś mi nie podchodzi i już. I chyba dobrze, bo jak pokazało życie, nasze ludzkie wyobrażenia o zombie szerokim łukiem rozmijają się z rze...